Rozdział trzeci.

Nieznośnie brzęczenie telefonu roznosiło się po całym pomieszczeniu. Telefon dzwonił już szósty raz, jednak Kamil miał na tyle mocny sen, że nawet nie zakłóciło to jego fazy REM. Obrócił się jedynie na łóżku i zasłonił uszy poduszką. 
Cała sypialnia była skąpana w ciemnościach, mimo że listopadowe słońce za oknem już dawno wstało, a jego nieśmiałe promyki przedzierały się przez kotary i oświetlały poszczególne meble. 
Na przykład małą szafkę nocną, na której stała czarna lampka i zdjęcie rodzinne oprawione w ramkę. Fotografia przedstawiała czwórkę osób stojących na tle jakiejś hucznej imprezy. Można się tego było domyślić przez widoczne w tle kolorowe światła czy bogato zastawiony stół. Wszyscy uśmiechali się promiennie i machali do kamerzysty. Dwóch mężczyzn – wyższy blondyn w średnim wieku i niższy o głowę brunet, który wyglądał na nastolatka. Jego pyzata twarz i zarumienione policzki odejmowały mu lat i sprawiały, że stwarzał wrażenie jeszcze młodszego, niż był w rzeczywistości. Obaj obejmowali się ramionami, ubrani niemalże identycznie w białe koszule i czarne spodnie ze skórzanymi szelkami. Przed nimi stały dwie kobiety. Niska, pulchna, ale uśmiechnięta od ucha do ucha kobitka, była najniższa z grupki, ale to na niej skupiała się cała uwaga, jakby roztaczała wokół siebie aurę atencji. Miała czarne włosy upięte w wysoki kok i ubrana była w granatowy kostium, zapinany na złote guziki. Wyższa od niej dziewczyna nosiła ołówkową spódnicę i koszulę w kolorze jasnego beżu. Miała długie, blond włosy opadające na ramiona. Cała ta grupka wyglądała na szczęśliwą i kochającą się rodzinę. 
Obok zdjęcia znajdował się również telefon, który postanowił dać o sobie znać już siódmy raz. Na wyświetlaczu pojawiło się niewyraźne zdjęcie młodej dziewczyny, która była w trakcie jedzenia sushi. Miała zdziwioną minę i rozdziawione usta, przy których trzymała pałeczki z california roll. Najwyraźniej została sfotografowana z zupełnego zaskoczenia. Wibracje po raz kolejny wstrząsnęły telefonem, jednak Kamil ani myślał go odbierać. Odwrócił się plecami i fuknął niezadowolony.
Pomieszczenie było bardzo małe, dlatego też i mebli było w nim niewiele. Wspomniana szafka, duże łóżko, mała półka na książki, komoda i biurko wraz z krzesłem stanowiło jego jedyne umeblowanie. Wszystko, tak samo jak w kuchni, miało czarno-białą kolorystykę. Szczerze mówiąc całe wyposażenie i wystrój mieszkania był właśnie w tych kolorach. Jedyne wyjątki od reguły stanowiły obrazy (większość przedstawiające motyw morza) i rośliny, które nie były jednak zielone, lecz żółtawe i zwiędnięte.
Wracając do sypialni. Puchaty, czarny dywan, ciężkie zasłony na ogromnych oknach i porozrzucane wszędzie poduszki nadawały jej, mimo ciasnoty, pewien rodzaj przytulności. Na ścianie stojącej naprzeciwko okna wisiał ogromny plakat, zajmujący połowę jej powierzchni. Przestawiał on wysokiego mężczyznę jadącego w łyżwach po lodzie i wykonującego pozycję Ina Bauer. Ubrany był w granatową koszulę, zdobioną wyszywanymi haftami o różnych, fantazyjnych wzorach, a na dole wisiały na nim czarne spodnie, które delikatnie opinały jego uda i łydki. Łyżwiarz był na fotografii odwrócony, ale dzięki znacznemu odchyleniu do tyłu, można było zobaczyć skrawek jego twarzy, a dokładnie czubek nosa i dosyć wysokie czoło. Sposób w jaki wyciągał ku górze rękę i jego postawa upewniały dodatkowo w tym, że musi być przystojny, co do tego nikt nie miał wątpliwości. Światło reflektora odbijało się od blond włosów, które delikatnie oklapnięte na jego głowie sprawiały wrażenie aureoli. Pod fotografią mężczyzny znajdował się napis "Mistrzostwa świata 2014" a pod nimi krzywymi literami i fioletowym tuszem było napisane "Dla najlepszego rywala  <3 Vi..."
- Kto śmie do mnie wydzwaniać o tak nieludzkiej porze? - spytał ochrypłym głosem Kami, podnosząc się do pozycji siedzącej. Parę razy uderzył ręką o materac, aż w końcu znalazł swoje okulary i założył je na nos. Zamrugał kilka razy oczami, aby odzyskać ostrość obrazu. Spojrzał na zegarek wiszący obok plakatu i zmarszczył czoło. Był już spóźniony na pierwszy wykład, ale gdyby się spiął to na luzie zdążyłby na drugi, a to oznaczało, że czas wstać. Usiadł na krawędzi łóżka, kiedy telefon znów rozpoczął swój wibrujący taniec po powierzchni szafki. Kamil spojrzał na wyświetlacz, westchnął i odebrał.
- Słuchaj, jestem spóźniony na wykład, więc mam nadzieję, że to coś ważnego. A przez ważne rzeczy rozumiem powrót Black Eyed Peas albo nasze powtórne zaręczyny. Chociaż nie dam się tak łatwo, dopóki mnie nie przekonasz. Po pierwsze… - zaczął swoją przemowę, którą witał Natalię zawsze kiedy mu się spieszyło, a ta wydzwaniała do niego jak szalona.
- Kamil nie mam na to czasu. - po drugiej stronie słuchawki odezwał się melodyjny głos. Gdyby można go porównać do jakiegoś dania, to z pewnością byłby to najsłodsze ciasto, koniecznie z kawałkami czekolady, oblane malinowym syropem. - Mam do ciebie sprawę.
- Słucham. – odsłonił zasłony i zmrużył oczy. Listopad był okropnym miesiącem, który odbierał chęci do życia nawet największemu optymiście, a co dopiero człowiekowi pokroju Kamila. Drzewa już dawno straciły swoje liście, a ich martwe gałęzie szpeciły tylko widok z okna.
- Moja mama ma zabieg chirurgiczny na kolano na początku grudnia. Wiesz ile na niego czekała i ogarniasz powagę sytuacji.
- Ale co ja mam do tego? - spytał wchodząc do łazienki. Było to małe pomieszczenie zajmujące resztę poddasza, jeżeli nie liczyć wąskiego korytarzyka pomiędzy schodami, łazienką, a sypialnią. Kafelki na podłodze były czarne, a te na ścianach - białe. W kącie stała toaleta, naprzeciwko niej prysznic, haczyk na ręcznik i mała umywalka, nad którą wisiało lustro. W tym momencie na jego powierzchni widać było okrągłe, białe ślady po kropelkach wody. Na podłodze leżał mały dywanik w kolorze kafelek, dzięki któremu po wyjściu z prysznica Kamil nie czuł się jak na Antarktydzie. Czasami potrafił stać pod strumieniem wody nawet pół godziny i kiedy otwierał drzwi kabiny, ogarniało go przerażające zimno. Zazwyczaj wtedy zamykał się na kolejne pięć minut i tak w kółko.
- To, że ma termin kilka dni przed ważnym wydarzeniem, na które już kupiłyśmy bilety i nie bardzo mamy je jak zwrócić. – wyjaśniła niewyraźnym głosem. Ciągle coś jadła i teraz również prawdopodobnie jakieś cukierki chrupały w jej ustach, przeszkadzając w poprawnym artykułowaniu wyrazów. Miała tendencję do tycia, więc żeby zgubić kalorie, wchłonięte podczas podjadania, była ciągle w ruchu. Biegała, uprawiała aerobik i nawet leżąc w łóżku potrafiła machać nogami wykonując jakieś ćwiczenia, żeby tylko nie przytyć.
- I dzwonisz do mnie, żeby... - nalał sobie wody do szklanki stojącej na umywalce, po czym zaczął ją pić.
- I dzwonię do ciebie, żeby zaproponować ci wyjazd do Barcelony na finał Grand Prix w łyżwiarstwie figurowym. - oznajmiła radosnym głosem. Wiedziała, że owijanie w bawełnę nic nie da i trzeba walić prosto z mostu. Nie wiedziała tylko, że może go tym zabić.
Zakrztusił się wodą tak gwałtownie, że pociemniało mu przed oczami, upuścił telefon i zaczął głośno kaszleć. Przez moment miał wrażenie, że schodzi z tego świata na dobre., już widział oczami wyobraźni nagłówki gazet: „Były łyżwiarz figurowy znaleziony martwy we własnej łazience. Przyczyną zgonu było zachłyśnięcie się wodą w trakcie rozmowy ze swoją byłą narzeczoną. CO. ZA. LAMER!”.
- Halo? Nic ci nie jest? – usłyszał spod umywalki. Kaszlnął jeszcze kilka razy.
- Nie, nie, tylko o mało co nie umarłem. - odpowiedział sarkastycznie, podnosząc telefon i włączając tryb głośnomówiący. – A co do twojej propozycji to zapomnij, nigdzie z tobą nie jadę. A zwłaszcza nie na Grand Prix.
Sprawa była dla niego zamknięta. Nie ma mowy, żeby mógł wsiąść w samolot i pojechać do Barcelony. W jego obecnym stanie psychicznym to było po prostu niewykonalne.
- Kamil błagam! Zrób to dla mnie! Ja bym to zrobiła, gdybyś mnie o to poprosił! – Natalia była nieugięta. To był prawdziwy pojedynek upartych osłów, z których żaden nie chciał ustąpić. Oboje doskonale o tym wiedzieli.
- Słuchaj, to nie jest takie proste. - zaczął wyliczać. - Musiałbym skądś wytrząsnąć pieniądze na bilety, opuścić zajęcia, męczyć się z tobą samolocie...
- Przestań wymyślać durne wymówki. Masz kasy jak lodu. I nawet nie próbuj zaprzeczać! Kto ostatnio kupił sobie ogromny obraz do salonu? - pierwszy kontrargument poszedł w ruch.
- On miał wartość czysto estetyczną! – odparł. – Muszę dbać o wystrój mojego mieszkania. To mnie uspokaja i poprawia nastrój!
- Wyrzucanie pieniędzy w błoto cię uspokaja?
- Zamknij się. 
- Nie. Muszę obalić twoje argumenty. Uwaga. – odchrząknęła przygotowując się do ważnej przemowy. - Po drugie i tak nie chodzisz na te zajęcia, wszyscy o tym wiemy. I nie próbuj się wymigiwać, Marta ostatnio mówiła, że nie było cię dwa dni!
- Wielka zbrodnia! - machnął ręką i niechcący uderzył w wiszący na ścianie kaloryfer. - To jest obowiązek studenta, żeby nie chodzić na wykłady!
- Poza tym, opuściłbyś co najwyżej piątek i poniedziałek. Masz łeb na karku i szybko wszystko nadrobisz, mój ty geniuszku. A w końcu po trzecie i najważniejsze. – wzięła głęboki oddech. – Darzysz mnie ogromną miłością, więc podróż ze mną to dla ciebie czysta przyjemność. Ja to wiem. Ty to wiesz. Wszyscy to wiedzą. Pogódź się z tym.
Kamil prychnął. Z tą swoją pewnością siebie była irytująca. Ciekawe jakby zareagowała, gdyby powiedział, że wcale jej nie kocha. Potrafił zobaczyć oczami wyobraźni, jak potężny foch by go za to czekał. W dodatku pewnie cała rodzina by się od niego odwróciła, bo przecież "Natalia jest dla nas jak córka i siostra! Jak możesz jej mówić takie okropne rzeczy!".
Wrócił myślami do ich małej kłótni. Oboje dobrze wiedzieli, że nie chce mu się jechać tam z dwóch powodów:
Po pierwsze: jest ekstremalnie pozbawiony woli do życia. Mimo poprawy humoru spowodowanej wysyłaniem listów do swojej depresji, Kamil nadal tkwił w emocjonalnym dołku. Ostatnio coraz częściej spoglądał tęsknym wzrokiem w stronę barierki na balkonie. Zaczął też niepokojąco interesować się Paktofoniką.
Po drugie: to będą finały w cholernym łyżwiarstwie figurowym. Sporcie, który kiedyś uwielbiał i o którym chciał zapomnieć. Nie był pozytywnie nastawiony do oglądania byłych kolegów, którzy robili to co on kiedyś kochał. Nie dałby rady. Poza tym wypełnił swój szalony uczynek na tydzień kupując wyżej wspomniany obraz, a taka rzecz, jak wyjazd do Barcelony mogłaby być szalonym uczynkiem na dekadę, jak nie więcej. Sprawa była przegrana.
- Nie jadę i tyle. Poszukaj kogoś innego. - rzekł sucho i wyszedł z łazienki w kierunku schodów prowadzących do salonu. Nagle zatrzymał się na przedostatnim stopniu. Powodem tego było ciche chlipnięcie usłyszane po drugiej stronie słuchawki. - Natalia, co jest?
- B-bo... Ja się tak o ciebie martwię. - pociągnęła nosem. - Nic nie jesz, unikasz ludzi...
- Ostatnio byłem na imprezie! – przerwał jej z oburzeniem, przecież nie było tak źle, jak miesiąc temu. Lecz ona kontynuowała.
- ... wszyscy widzimy co się z tobą dzieje! Ty nie możesz się tak na wszystkich zamykać! Proszę Kamil! - zawyła, jak zranione zwierzę. - Marcin umarł siedem miesięcy temu. Musisz żyć dalej bez obwiniania się o jego śmierć! Wróć do nas Kamil!
- Przestań! - krzyknął opierając się o poręcz. Jego ciężki, urywany oddech przyprawiał go o zawroty głowy. Zacisnął dłoń w pięści i uderzył nią w ścianę. Jęknął głucho próbując rozprostować obolałe palce. - Przestań Natalio.
Odpowiedziało mu milczenie. Kilka sekund później przerwane przez łagodny głos, w którym kryła się delikatna nuta nacisku.
- Kamil, proszę. Zrób to dla mnie.
Znów zaczął schodzić, nawet nie racząc jej odpowiedzieć. Milczenie w tej sytuacji było jego formą obrony przed gierkami Natalii. Chłopak stanął przed lodówką i delikatnie ją otworzył. Nie miał zamiaru stać się ofiarą tego szantażu emocjonalnego. Zawsze kiedy Natalia przegrywała kłótnię, zaczynała płakać. To zazwyczaj działało, ale nie dzisiaj. Sprawa jest zbyt poważna, by mogło się ją rozwiązać takimi dziecinnymi sposobami.
- Rozłączam się. Cześć. - i szybko nacisnął czerwony przycisk na ekranie, żeby nie dać jej dojść do głosu. 
"Kiedyś to było łatwiej. Miałem telefon z klapką i mogłem go po prostu zatrzasnąć, a teraz to nawet nie mogę brutalnie skończyć rozmowy. Muszę najpierw znaleźć ten cholerny przycisk, a potem go nacisnąć, bez pewności czy się rozłączę czy nie. A czasem, kiedy nie mogę trafić to uderzam palcem o ekran kilkanaście razy i cały dramatyzm rozmowy idzie się kochać."
Westchnął i wyjął z lodówki swój ulubiony jogurt. Siadając przy wysepce zgarnął cały zebrany na niej syf do worka na śmieci i zaczął łapczywie jeść. 
Po raz pierwszy czuł się bardzo głodny. Może to przez emocje, jakie wzbudziła w nim ostatnia rozmowa? Natalia nie mogła od niego wymagać tak szalonych rzeczy! Wiedział, że dziewczyna stara się działać dla jego dobra, ale czasem jej pomysły były strasznie niekonwencjonalne. Szczerze mówiąc bardzo rzadko myślała nad swoimi decyzjami. Gdyby miała motto życiowe, pewnie brzmiałoby: „Jebać logikę, czysty spontan.”. Często przez to pakowała się w różne sytuacje, z których potem on ją ratował. W liceum dwa razy musiał powstrzymywać dziewczyny, które chciały się na nią rzucić przez jej niewyparzony język. Wiele razy dawał Natalii wykłady o tym, że trzeba myśleć nad tym, co i do kogo się mówi, ale ona nadal robiła swoje. Tłumaczyła się jedynie swoją "intuicją".
Kiedy opróżnił cały kubek, rzucił się wygłodniały w stronę chlebaka i po chwil wsuwał kanapki z masłem orzechowym. Wszystko to popijał zimnym sokiem pomarańczowym, który kuł go w gardło. Ignorował jednak ten dyskomfort, czując mocniejszy ból. I to wcale nie fizyczny. Wciąż w uszach brzęczał mu szloch jego byłej narzeczonej. Czuł się po części winny za jej wybuch płaczu, ale mimo wszystko był na nią zły.
„Dobrze wie, że dostaję histerii, kiedy ktoś mówi przy mnie o łyżwach. Nie założyłem ich już od kilku miesięcy i prawdę mówiąc dawno zapomniałem jak to jest…” – zatrzymał się na moment.
Jak to jest sunąć po lodzie czując wszechogarniający chłód, który utrzymywał się na całej sali. Słyszeć cichy zgrzyt urywany nagle przy wyskoku. Bezwładność podczas lotu. Ból po upadku, szybkie powstanie i ponowna wolność z jazdy. Jak to jest stresować się w czasie zawodów. Jak to jest zdobywać nagrody. Cieszyć się z każdego udanego lądowania. Rozpaczać po każdej porażce. Leżeć na tafli w regenerując siły na kolejną próbę. Być wypełnianym przez muzykę i emocję.
Nagle poczuł, że całe to jego śniadanie zaczyna się cofać.
Szybko wstał od stołu i pobiegł do łazienki znajdującej się na dole jego mieszkania. Ledwo co zdążył podnieść klapę toalety. Nudności wstrząsnęły jego ciałem, niemniej jednak jak późniejszy płacz. Leżał skulony wokół sedesu szlochając, jak małe dziecko. Nie wiedział dlaczego te wspomnienia tak na niego działały, dlaczego zareagował łzami, przecież już tak dawno nie płakał. Może jednak tego potrzebował, żeby w końcu wyrzucić z siebie to wszystko, co od dawna go dręczyło? Postanowił, że skończy dopiero, kiedy uzna to za wykonalne. Po dziesięciu minutach wstał, umył twarz, zęby i wrócił do sypialni z telefonem w ręku. Szybko wybrał numer jednocześnie wyciągając z komody jakąś koszulkę.
- Halo? – po raz drugi tego dnia usłyszał Natalię. Mimo że chciała udawać obrażoną, jej głos drżał od emocji. Kiedy już zaczynała swój występ łez i tragedii, to przez następną godzinę potrafiła wyć, jak bóbr. Na nic zdawały się cukierki, które członkowie zespołu podawali jej pod nos albo uspokajające słowa Kamila. Musiała się uspokoić w swoim stylu.
- Przepraszam za to, że tak się rozłączyłem. – mruknął. – Powiedz ile pieniędzy mam ci za to przesłać. I jeżeli masz miejsce przy oknie w samolocie, to mi je oddaj. Nie mam zamiaru siedzieć obok kogoś obcego zrozumiano? Poza tym masz mi kupić pączki. Te z karmelem. I guzik mnie obchodzi, że można je dostać tylko wcześnie rano. Musisz ponieść konsekwencję swojego emocjonalnego szantażu. Głupia pipo.
Przez chwilę milczała. Potem pociągnęła nosem i po dawnym płaczu nie było nawet śladu.
- Mój najdroższy Kamilu Markiewiczu. Czy wspomniałam kiedyś jak bardzo cię kocham? – zawołała uradowana, po czym zaśpiewała coś, czego chłopak nie znał. Piosenka z nowej płyty? – Finansami i miejscem się nie przejmuj, załatwię wszystko. Lecimy w piątek wieczorem, a wracamy w poniedziałek rano. Będzie super! Musimy tylko przyjechać do stolicy na samolot do Barcelony, ale nie martw się. Zamówiłam bilety na ten super szybki pociąg, więc podróż zajmie nam jakieś dwie godziny. A w hotelu da się chyba jeszcze załatwić pokój małżeński. Będzie taniej, tak mi się wydaje. I w sprawie pączków. - dodała. - Będą dostarczone do twojego zacnego apartamentowca jutro rano. Specjalnie wstanę! Oj Kamcia! Nawet nie wiesz, jak się cieszę.
- Super. – powiedział z ironią. – Nie mogę się doczekać.
- Przestań być taki ponury. To będzie wspaniała podróż! Zwiedzimy sobie trochę miasta, pójdziemy na świąteczny jarmark i zjemy prawdziwe hiszpańskie dania! Może nawet spotkamy Chrisa umówimy się z nim gdzieś na kolację!
- Wątpię, żeby miał na nas czas. – odparł wyciągając spodnie i pasek. Schudł tak bardzo, że musiał nosić go praktycznie cały czas. Wszystko z niego spadało, a on nie czuł się na siłach, żeby pójść do sklepu i kupić sobie nowe ubrania. Spojrzał na zegarek i przeklął cicho. – Muszę kończyć. Zadzwonię do ciebie wieczorem, dobra?
- Tak, tak! Tylko po dziewiątej. Mam spotkanie z menedżerem i będę niedostępna przez cały wieczór. Buziaczki! – wyćwierkała i rozłączyła się.
Kamil nałożył spodnie i szybko złapał swój plecak. Nie miał już czasu na przygotowanie drugiego śniadania, więc uznał, że zje coś na mieście. Wypadł ze swojego mieszkania i w pośpiechu zaczął naciskać guzik od windy, która przyjechała po krótkim czasie. Na piętrze niżej spotkał swoją sąsiadkę, która powitała go ciepło i spytała o samopoczucie. Trzymała na smyczy swojego owczarka, który zaczął obwąchiwać Kamila i merdać ogonem. Chłopak go pogłaskał i zbył kobietę jakąś krótką odpowiedzią. Kiedy tylko dojechał na miejsce, wyszedł z windy i pognał na przystanek, z którego właśnie odjeżdżał jego tramwaj.

Depresyjko zatruwająca mój umysł!
Piszę do Ciebie już od miesiąca i co? I nico. Nie odczuwam żadnego polepszenia mojego nastroju. Coś czuję, że nasza relacja prowadzi donikąd. Też tak uważasz? No cóż prędzej czy później mi odpowiesz, ale na razie opowiem Ci co u mnie. Dzwoniła dzisiaj Natalia i płaczem zmusiła mnie, żebym pojechał z nią na finały Grand Prix w łyżwiarstwie. Ja walczyłem dzielnie z tym łzawym potworem, ale wiesz jak jest. Kobiece łzy są ponoć największą porażką mężczyzny, a ja już poniosłem w moim życiu parę porażek i nie chce mi się tego znowu powtarzać. Czujesz, co to będzie za katastrofa? Zobaczę znowu moich starych kolegów z lodowiska. Znowu zobaczę LODOWISKO. Znowu poczuję klimat zawodów. To będzie kurwa dramat. Przepraszam za to przekleństwo, ale wiesz jak trudno jest mi czasem się opanować. Jestem taki szalony. Wracając. Przecież tam będą wszyscy: Christophe, Michele... I jeszcze Viktor. No dramat nad dramaty. Widziałem go ostatnio w wiadomościach po tym, jak wygrał NHK Trophy. Jak śmiesznie machał tymi rękami, kiedy opowiadał o tym swoim układzie. Odkąd tylko pamiętam, to był taki głośny i radosny. Ogólnie - typ człowieka, którego nie cierpię. Naprawdę nie wiem, czemu wszyscy tak nim się zachwycają. W sumie wiem - jest już w takim wieku, gdzie większość łyżwiarzy figurowych dawno leży do góry brzuchem i pławi się w hajsie z emerytury. To że jest taki stary i wciąż jeździ, oznacza jedynie, że nie jest przygotowany psychicznie na rezygnację. A przecież już dawno powinien to zrobić, bo jeszcze się rozsypie na tym lodowisku. O mój Boże. Przepraszam, bo właśnie zgrzeszyłem. Nie wierzę, że wylałem z siebie tyle jadu na biednego człowieka. On przecież nic nie zrobił, tylko coś wygrał. Jestem okropny. Zmienię temat, dobrze? I tak nie masz nic do gadania. Rozmowa z Natalią przypomniała mi o istnieniu Black Eyed Peas, przynajmniej jedna pozytywna rzecz tego dnia. Jak ja tego słuchałem za gówniaka, to nikt tak nie słuchał. Puściłem sobie całą playlistę z ich utworami. Kiedy piszę ten list leci właśnie „Meet Me Halfway” i naprawdę mam nadzieję, że moi sąsiedzi nie wezwą policji, chociażby za mój brak gustu muzycznego. Może jednak trochę ściszę. Pamiętam, że jak chodziłem z Natalią, to ta piosenka była taką „naszą piosenką”. Nie wiem czy wiesz co mam na myśli. Czasem pary mają takie swoje piosenki, a kiedy ze sobą zerwą, to nie mogą ich słuchać. W sumie jak teraz o tym myślę, to to musiało być trochę żałosne. No trudno, byliśmy nastolatkami, a to przecież jest najgłupszy wiek! O nie, wracają do mnie wspomnienia z liceum. Skończę ten listu tu i teraz i tak się spieszę, a zapisałem całą kartkę. Zaraz jest msza, a ja chcę na nią zdążyć, żeby nikt się nie gapił, kiedy spóźniony wpadnę do kościoła. Postanowiłem pomodlić się za Natalię i jej pochopne decyzje. Przecież ta kobieta kiedyś sprowadzi na siebie jakieś poważne kłopoty.
Twój Religijny Fałszywiec

Usiadł tradycyjnie w ostatnim rzędzie i wsłuchał się w dźwięk organów. Szczerze mówiąc wolał zdecydowanie msze w czasie tygodnia, ponieważ nie było tyle ludzi, którzy mogliby go rozpraszać. Zwłaszcza tych staruszek, które przerażone wizją sądu ostatecznego pędziły do kościoła, żeby naprawić wszystkie swoje błędy z młodości. Kiedy ksiądz rozpoczął kazanie, chłopak odpłynął myślami.
Może jednak wyjazd do Barcelony nie był takim złym pomysłem? W końcu to coś szalonego, Małgorzata powinna się cieszyć.
Z jednej strony wciąż nie czuł się gotowy na taką konfrontację. Kiedy tylko myślał o łyżwach, wspominał Marcina. I wtedy zalewała go fala poczucia winy i rozpaczy. Przypominał sobie jak zawsze kłócili się o choreografię występu. Kamil chciał zaskakiwać ludzi i sprawiać im radość, natomiast Marcin zapewniał, że stonowany i pełen smutku układ o wiele bardziej do niego pasuje. To nie była jedyna kość niezgody pomiędzy tą dwójką. Kłócili się o ilość i trudność skoków, które chłopak miał wykonywać w czasie układu. Kłócili się o sekwencję kroków. Nawet o takie głupie rzeczy jak strój. Gdyby Kamil wiedział, że straci swojego trenera tak szybko, nie pozwoliłby na takie sprzeczki. Przecież to były takie prozaiczne powody, a oni potrafili obrażać się na siebie i nie odzywać się nawet kilka dni.
Gdyby tylko umiał cofnąć czas.
Ale doskonale wiedział, że tego nie zrobi. To było niewykonalne i musi teraz żyć ze swoim poczuciem winy.
Gdyby nie kazał mu wcześniej wyjść z tego bankietu, nic by się nie stało. Ale dlaczego w ogóle chciał wcześniej wyjść? Coś się wtedy stało?
Na to pytanie niestety nie znał odpowiedzi z powodu całkowitego wymazania wspomnień z tamtego dnia. Mógł jedynie rozpamiętywać przeszłość i zadręczać się wyrzutami sumienia.
Spojrzał na wielki krzyż wiszący nad ołtarzem.
„Te, Jezus. Powiedz mi czy dla pośrednich zabójców jest miejsce w niebie?” – spytał w myślach. Odpowiedziała mu depresja.
„Pff. Co to za durne pytanie? Oczywiście, że nie. Co ty, przykazań nie pamiętasz? Nie ma tam miejsca dla takich jak ty. Dla tchórzy, którzy w dodatku nie potrafią sobie poradzić z ciężarem, jaki na nich spadł. Chowasz się po kątach, żeby tylko nie musieć odpowiadać na pytania ludzi. Boisz się, że poruszą jakiś delikatny temat? Co z ciebie za mężczyzna? Nic dziwnego, że Natalia nie chce z tobą być. Ja też nie mogłabym wytrzymać z taką kluchą jak ty.” – rozpanoszyła się w jego myślach i wcale nie miała ochoty zniknąć. Postanowił ją wykurzyć, skupiając się na zaletach wyjazdu.
Przy porannych wymiotach, jakie go spotkały uświadomił sobie jedną rzecz. Łyżwiarstwo figurowe było naprawdę ważną częścią jego życia. I nie był pewny, czy chce z niej rezygnować całkowicie. Co prawda zawiesił karierę, ale w każdej chwili mógł pójść na lodowisko w ramach hobby, prawda? Tylko ten strach niepozwalający mu nawet spojrzeć na łyżwy, a co dopiero je nałożyć i sunąć po tafli, jak za starych dobrych czasów. Może w Barcelonie przeżyje jakieś katharsis, które całkowicie oczyści jego umysł z wątpliwości? Może na nowo pokocha łyżwy, a może znienawidzi je już do końca życia?
Przecież tam będą jego starzy znajomi. Widział, że ma od nich wiele wiadomości, ale starał się je ignorować. Nie chciał być częścią ich świata, bo to łączyło się z powrotem złych wspomnieć. Czuł się przez to dodatkowo winny, bo wiedział, że sprawia im przykrość, całkowicie się od nich odcinając. Przecież Chris przez jakieś kilka miesięcy po wypadku pisał do niego dzień w dzień. A on nawet nie wyświetlił tych wiadomości. Nie był po prostu w stanie. W jego imieniu pisała za to Natalia, która stała się tak jakby kamilowym rzecznikiem. Informowała o jego stanie i przepraszała za zachowanie. Z jednej strony był jej wdzięczny z drugiej nie chciał, żeby tak bardzo spoufalała się z jego dawnymi kolegami.
Ale w jednym depresja miała rację. Był tchórzem, który nie chciał przeżyć konfrontacji z przeszłością. Dlatego przy akompaniamencie kościelnego chóru podjął kolejną decyzję. Pojedzie do Barcelony i stawi czoła wszystkiemu, co może go tam spotkać. Nawet jeżeli to będą starzy znajomi. Nawet jeżeli to będą bolesne wspomnienia. Musi przestać bać się wszystkiego. Musi przestać „chować się po kątach”. I musi w końcu skorzystać z pomocy, jaką oferują mu znajomi i rodzina. Małgosia miała rację. Wszystko zależało głównie od niego i jego woli walki. A przecież on był silny, nie mógł dać się depresji, która czyhała na każdą jego porażkę. 
Nie mógł dać jej satysfakcji.
„Stawiasz mi się, co Kamilku?” – roześmiała się głośno. – „No cóż życzę ci połamania nóg. Poniesiesz klęskę, tak samo jak za każdym innym razem, w którym próbowałeś się ode mnie uwolnić. Jestem nieodłączną częścią twojej osobowości i musisz się z tym wreszcie pogodzić. Nie opuszczę cię aż do śmierci.”
Msza dobiegła końca i Kamil wstał z ławki, żeby opuścić budynek. Owinął wokół swojej szyi szalik i włożył ręce do kieszeni, żeby ochronić je przed zimnem panującym na zewnątrz.
Listopad jest naprawdę najgorszym miesiącem. Wszystko wydaje się być takie smutne i pozbawione życia. Szare konary drzew przypominają przerażające postaci z dziecięcych koszmarów, a ciężkie chmurzyska skutecznie odcinają dostęp słońca, które chociaż na chwile mogłoby ogrzać nie tylko twarze, ale i serca smutnego tłumu, pośród którego kroczył Kamil. Nie dość, że było ponuro, to jeszcze sezon grypy rozwinął się w pełni i co druga mijana osoba kaszlała lub pociągała nosem. Chłopak nasunął szalik na nos i usta z czystej przezorności. Kiedy tylko wrócił do domu, zaparzył sobie profilaktycznie kubek aspiryny i włączył telewizor. Prezenter wiadomości mówił właśnie o jakimś konflikcie w rządzie, co było nudnym i oklepanym tematem. 
Wciąż myślał o dręczącej go sprawie, dlatego postanowił zadzwonić do Natalii w celu rozwiania swoich wątpliwości. Pewnie zaraz zacznie go bombardować argumentami za i przekona go do wyjazdu. Kiedy spojrzał na godzinę na wyświetlaczu zrezygnował z tego pomysłu. Było jeszcze przed dwudziestą pierwszą, a dziewczyna wyraźnie zastrzegła, że do tej godziny będzie nieosiągalna.
Cóż więcej pozostało naszemu Kamilowi? Usiadł na sofie i z nerwów zaczął gryźć skórki przy paznokciach. Prezenter mówił teraz o okropnym karambolu na autostradzie, w którym zginęło kilka osób w tym małe dziecko.
„Czy w tym kraju nie mogą dziać się jakieś radosne rzeczy?” – spytał w myślach popijając aspirynę. Jej smak od zawsze kojarzył mu się z dziadkami, którzy stanowczo nadużywali tego leku. Również w stosunku do wnuków, którzy nawet przy małym spadku temperatury na dworze musieli to pić.
„Dobrze, że nie nabawiłem się u nich hemofilii, czy coś. Nie chwila, ta choroba jest dziedziczna. A aspiryna w ogóle rozrzedzała krew? Czemu ja niczego nie pamiętam po tym liceum?” – spojrzał przez okno w głupiej zadumie. Było już zupełnie ciemno, jak to każdego, jesiennego wieczora. Postanowił, że pójdzie do sypialni na górę i pouczy się trochę ze swoich notatek. Chociaż tyle mógł zrobić, żeby w końcu zagłuszyć depresję i przestać myśleć o wyjeździe do Barcelony. 
Czuł, że czeka go emocjonująca przygoda, na którą nie był w żadnym stopniu przygotowany.

~*~
Kurde też sobie włączę playlistę BEP. Jak ja ich kochałam w podstawówce ;__; 
BTW Kamil przestał mendzić. W końcu, bo takim emo, jak on nie byłam nawet ja w gimnazjum. A byłam strasznym, musicie mi uwierzyć. 
No cóż, w każdym razie wyjazd na GP zapowiada się cudownie, pewnie wydarzy się tam mnóstwo nieoczekiwanych rzeczy. Huehue.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział piąty.

Rozdział szósty.

Rozdział pierwszy.

Informacje na początek.