Rozdział drugi.

Czwartek nadszedł niespodziewanie szybko, zupełnie zaskakując Kamila, który w dzień wizyty u psychologa dostał dziesięć przypominających SMS-ów od siostry. W każdym z nich było kilkanaście wykrzykników i emotikonek, przez co chłopak wiedział, że to będzie zły poranek. Nienawidził, kiedy ktoś pisał wiadomości w taki sposób. Wszystko dla niego powinno być zwięzłe, krótkie i na temat, a nie ozdobione milionami buziek i znaków interpunkcyjnych. 
Skrupulatność była jedną z wielu cech, które odpowiednio wykorzystane, mogły wpłynąć na jego nastrój i łatwo go zirytować. Czasem zachowywał się jakby miał zaburzenia obsesyjno-kompulsywne i Marta lub Natalia mówiły na niego „Detektyw Monk”. Pomimo faktu obecności strasznego bałaganu w jego mieszkaniu (ale to wszystko przez depresję), kiedyś Kamil uchodził wręcz za pedanta. Ciągle sprzątał i układał przedmioty na swoim miejscu, w kolejności alfabetycznej, chronologicznej albo nawet według odcieni i kolorów. Nie mógł wyjść z domu w pogniecionej koszulce czy brudnych butach, choćby miał się spóźnić, musiał wszystko doprowadzić do zadowalającego porządku.
W dodatku był strasznie religijny, co większość uznawała za poważną wadę utrudniającą mu funkcjonowanie w społeczeństwie. Od piętnastego roku życia nosił ten sam srebrny, prosty krzyż, który już dawno miał na sobie wiele rys i czarnych plamek, szpecących jego niegdysiejszą gładką powierzchnię. Zawsze trzymał przy sobie kieszonkowe wydanie Biblii i co tydzień (albo nawet i częściej) chodził do kościoła. Co prawda miał bardzo nowoczesne poglądy na sprawy wywołujące konflikt między religią a nauką, jednak wiara miała dla niego ogromne znaczenie.  Zwłaszcza po wypadku, kościół był jedynym miejscem, w którym mógł się uspokoić i zebrać myśli. Często tam przebywał i całkowicie ignorował żarty swojej byłej narzeczonej na ten temat. Natalia twierdziła, że jeszcze chwila i Kamil pójdzie do seminarium, zostanie księdzem i zacznie kosić biednych emerytów na gruby hajs. Ale szybko dodawała, że przynajmniej będzie miała usprawiedliwienie dla ich zerwania, którego powód wciąż był nieznany dla większości osób. On natomiast ignorował najczęściej te docinki i nawet ich nie komentował. Zaczepki tego typu w ogóle na niego nie wpływały, ponieważ przez większość czasu starał się zachowywać spokój i opanowanie. Odziedziczył po swoim ojcu osobowość flegmatyka i był z tego powodu bardzo zadowolony, lepiej wszystko chłodno kalkulować i być przygotowanym na każdą ewentualność, a dawanie się ponieść emocjom to najgorsze, co może zrobić. Rzadko kiedy można było go zdenerwować (chyba, że chodziło o sprzątanie albo naruszanie prywatnej strefy wynoszącej trzydzieści centymetrów od jego ciała) i chociaż wypadek delikatnie skrzywił jego osobowość, popychając ją w kierunku wiecznej melancholii, to wciąż miał w sobie ogromne pokłady dawnego spokoju i łagodności.
Jednak nie dzisiaj. Dzisiaj wszystko było cholernie irytujące. Tykanie zegara w sali wykładowej, senny głos profesora, nawet kolega siedzący obok, który nie robił przecież nic tylko kiwał się na krześle i próbował położyć na swoim nosie długopis, tak żeby nie spadł na podłogę. Jednak Kamil wszystko uznawał za denerwujące. Głupi czwartek, głupi psycholog, głupie wszystko.
„Sam dałbym sobie radę z moją psychiką. Potrzebuję tylko czasu.” – pomyślał i położył głowę na ławce. Ten wykład był tak ciekawy jak zeszłoroczny śnieg, więc pozwolił sobie na chwilę odpłynąć. Przez jego głowę przewijało się mnóstwo obrazów. Wczorajsza kolacja, którą zwrócił do toalety (chyba była nieświeża, a on ma wrażliwy żołądek), ilość długopisów, które musi kupić, aby uzupełnić ich zapas, a nawet rozłoszczona mina siostry. Zawsze kiedy się irytowała, zaczynała tupać nogą jak mały króliczek, co wyglądało w jego oczach okropnie uroczo. W dzieciństwie nawet rzucał w nią marchewką, uznając to za wyborny żarcik. Kiedy byli mali, ciągle się kłócili nawet o najmniejsze drobnostki, takie jak spuszczenie za sobą deski w toalecie czy wybranie kanału w telewizji. Rodzice nie mogli rozdzielić ich podczas bójek, które wygrywała najczęściej o cztery lata starsza Marta. Kiedy ona była w gimnazjum a Kamil w podstawówce, ich matka po jednej z większych awantur, w których ucierpiała bezcenna zastawa stołowa, uznała że czas najwyższy dać im nauczkę. Podjęła decyzję godną zdobycia niebieskiej karty i kuratora sądowego, a mianowicie zamknęła rodzeństwo „przypadkiem” w pomieszczeniu gospodarczym i nie wypuściła ich przez całą noc. Głowy rodziny nie było akurat w domu, ponieważ odbywał właśnie jakąś ważną, biznesową podróż do stolicy, a jego żona puściła sobie Franka Sinatrę i ignorowała głośne wołanie o pomoc. Na samym początku oboje wzajemnie obwiniali się o spowodowanie tej sytuacji, ale później w miarę upływu czasu, zaczęli ze sobą rozmawiać, jak cywilizowani ludzie, aż w końcu odnaleźli wspólny język i stali się nierozłączni. Oczywiście w miarę rozsądku, czasem wciąż zdarzały się między nimi małe sprzeczki, ale to nic w porównaniu z tamtym okresem.
„Tak, kiedyś było lepiej” – pomyślał i przypomniał sobie wszystko to, co kojarzyło mu się z przeszłością.
Ból przetrenowanych mięśni napawający dumą, zapach maminych ciasteczek, który roznosił się po całym domu, dźwięk łyżew sunących po lodzie, wspólne imprezy z kolegami z liceum, widok Natalii stojącej na scenie podczas konkursów wokalnych, przytykające się uszy przy starcie samolotu, ciężar złotego medalu, bankiet i denerwujące spojrzenia ludzi.
Nagle migawki wspomnień zaczęły przesuwać mu się niekontrolowanie przed oczami.
Ból brzucha. Szybka ucieczka. Jazda samochodem. Nagłe uderzenie.
Błysk. Trzask. Śmierć. Łzy.
Szybko podniósł głowę, czując gwałtowne bicie swojego serca. Miał wrażenie, że to znowu się dzieje, że znowu bierze udział w wypadku, lecz na szczęście tak nie było. Wciąż siedział w ławce na kończącym się już wykładzie.
- Pss… Markiewicz! – usłyszał czyjś szept i odwrócił się do tyłu. - Idziesz z nami o dziewiątej do tego klubu naprzeciwko akademika? – spytał chłopak siedzący za nim. Był jednym z jego bliskich znajomych, którzy notorycznie próbowali go wyciągnąć na jakieś spotkanie. Czasem ulegał, a czasem zbywał ich różnymi wymówkami.
- Dziewiąta? – szybko przeliczył ile może mu zająć wizyta u psychologa, powrót do domu, zjedzenie kolacji i dotarcie do miejsca imprezy. – Niestety nie dam rady. Ale obiecuję, że następnym razem się pojawię. – uśmiechnął się przepraszająco.
Tak naprawdę nigdzie nie chciał iść, chociaż zdążyłby bez problemu. Wizja tłumu, muzyki i zgiełku go przerażała. Nie czuł się dzisiaj gotowy na takie ogromne wyzwanie.
- Powoli tracimy nadzieję, że wrócisz do żywych Markiewicz. Spróbuj trochę wyjść do ludzi, bo niedługo zgnijesz w tym swoim mieszkanku. – tamten się zaśmiał, jednak skończył temat. Powrócił do prowadzonej wcześniej rozmowy z uroczą dziewczyną.
„Zamknij się, idioto.” – prychnął w myślach i powoli zaczął pakować zeszyt do plecaka. Po skończonym wykładzie szybko wyszedł z budynku uczelni i wyjął z kieszeni spodni pomiętą kartkę. Kierował się w stronę stacji, ale wysiłek odczytania pisma Marty był zbyt wielki i musiał stanąć w miejscu. Zmrużył oczy próbując odczytać koślawe litery nakreślone przez swoją siostrę, przeklinając ją w duchu, że nie zapisała się na kurs kaligrafii. Stał tak dobre kilkadziesiąt sekund, aż wreszcie się poddał. Wykręcił numer Marty i nacisnął zieloną słuchawkę. Czekał całe trzy sygnały, niecierpliwie tupiąc nogą. Pociąg odjeżdżał za kilka minut, a on nawet nie był na stacji.
- Słucham cię, mój najukochańszy braciszku! – odezwał się ze słuchawki ciepły głos jego siostry.
- Dawaj adres, bo się jeszcze rozmyślę. – warknął.
- Przecież ci go podałam na kartce.  – odpowiedziała zdziwiona. W tle słychać było płacz dziecka, dlatego Kamil uznał, że siedzi właśnie w domu i opiekuje się swoim synkiem.
- Z twojego pisma nie rozczytają się nawet najlepsi farmaceuci w tym kraju. Daj mi ten adres.
Marta powtórzyła go przerywając, co chwilę słowami „Lucjanku uspokój się, mamusia już jest.” i „O Boże, a kto tu zrobił taką śliczną kupkę?” (świeżo upieczeni rodzice są straszni.).
Szybko zapisał go na w telefonie i już biegł w stronę stacji, na którą właśnie zajeżdżał pociąg. Skasował kartę i wbiegł schodami na górę. W ostatniej chwili wsiadł do wagonu i opadł na jedno z czerwonych, plastikowych siedzeń. Spojrzał na mapę trasy, żeby obliczyć ile przystanków musi przejechać, aby dostać się do tego, na którym wysiadał.
„Trzy. Więc mogę sprawdzić Facebooka.” – stwierdził, po czym odblokował telefon. Szybko przeglądał tablicę, zatrzymując się tylko przy wyjątkowo ciekawym poście lub zdjęciu. Spojrzał przez chwilę na filmik z treningu swojego starego przyjaciela z zawodów. Mężczyzna właśnie wylądował poczwórnego Salchowa i wysłał buziaka w kierunku kamerzysty. Kamil zaczął przeglądać dalej niewzruszony.
Uśmiechnął się pod nosem na widok kotka, który próbował wskoczyć na szafkę, ale niestety rozplaskał się na niej i upadł gdzieś poza kadr kamery. Puścił filmik od początku.
„Kotki są urocze.”
Poza rybkami, które trzymał w pokoju mając pięć lat, nie posiadał żadnego zwierzęcia. Czuł się za mało odpowiedzialny, żeby zostać obarczony takim ciężarem. Weźmy na przykład takiego kota. Trzeba go przecież karmić, wyprowadzać na spacery, wyczesywać, szczepić i takie tam. Przecież Kamil czasami zapomina nakarmić i wyczesać samego siebie a co dopiero jakieś zwierzę. Rezygnując z pupila stwierdzał, że przynajmniej tym razem nie doprowadzi do czyjejś śmierci.
Doprowadzi do czyjejś śmierci.
Ktoś przez niego umarł. No właśnie.
Nagle poczuł znajomą gulę w gardle, która zaczęła utrudniać mu oddychanie. Prawie upuścił telefon i złapał się za klatkę piersiową.
„Spokojnie, spokojnie. Oddychaj głęboko i policz do dziesięciu.” – powtarzał w myślach. Wystukał numer swojej siostry. – „Zadzwonię do Ma…”
Zawahał się wpatrując w ekran telefonu, po czym schował go do kieszeni. Nie będzie do nikogo dzwonił. Nie chce wyjść na tchórzliwego słabeusza, za którego i tak wszyscy go mają. Nie da im satysfakcji. Przecież gdyby jej o tym powiedział, to zasypałaby go pytaniami i pewnie jeszcze przyjechałaby do jego mieszkania, żeby mu pomóc. Wolał sam uporać się ze swoim problemem, niż prosić kogoś o wsparcie.
Przez ten mały „ataczek” stracił rachubę czasu i ocknął się dopiero, kiedy miał wysiadać. Stanął na uboczu i spróbował głęboko oddychać przez nos. Gula w gardle powoli znikała, oddychało się coraz łatwiej, dlatego postanowił w końcu ruszyć się z miejsca. Zszedł schodami na dół stacji i stanął przy ulicy w znajomej okolicy. Rozejrzał się dookoła oceniając otoczenie. Czasami tutaj przyjeżdżał, żeby odwiedzić swoich kolegów ze szkoły, więc plan uliczek i budynków miał w jednym palcu. Znajdował na strzeżonym osiedlu, na którym każdy z apartamentowców był odgrodzony od reszty typową zieloną, drucianą siatką. Chłopak uśmiechnął się pod nosem. Takie siatki kojarzą mu się wyłącznie z sezonem osiemnastek, dużą ilością alkoholu we krwi i głupimi pomysłami. Pamiętał jak raz się na jedną wspinał i upadł boleśnie na twarz, prawie łamiąc sobie nos. Wrócił do rzeczywistości, gdy ujrzał numer budynku, do którego miał wejść. Nie odróżniał się on niczym na tle pozostałych apartamentowców, więc Kamil miał spore wątpliwości, czy to aby na pewno ten. Upewnił się po zobaczeniu małej tabliczki przy domofonie informującej, że to właśnie tutaj, na piętrze drugim, pod numerem dwanaście przyjmuje psycholog.
- Że też musiałem tak skończyć. – sięgnął ręką do guzika, jednak w tym momencie został uratowany przez staruszkę wychodzącą z klatki. Miała widoczne problemy z popchnięciem drzwi, toteż chłopak jej pomógł, wzdychając z ulgą w duchu.
- Jejku młodzieńcze, żeby wszyscy w tych czasach byli tacy mili jak ty. – podziękowała mu na głos. On podziękował jej w myślach za uratowanie skóry. Nigdy nie mógł ogarnąć gabinetów, które znajdowały się w blokach. Dzwonić na domofon czy nie? Ktoś otworzy, czy ma czekać na cud? Dlatego też uważał tę wizytę za strasznie problematyczną.
Szybko podbiegł pod drzwi, na których wisiały metalowe cyfry układające się w liczbę dwanaście. Wahając się nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Rozejrzał się po korytarzu, z którego zrobiono poczekalnię. Nie było w nim nic szczególnego. Rząd krzeseł, drewniany wieszak na ubrania, zdjęcia małych kotków porozwieszane na ścianie i figurki tych zwierzątek poustawiane, gdzie tylko się da. Poczuł się jak w królestwie starej panny i spoglądając na zegarek usiadł na krześle. Miał jeszcze siedem minut, więc może sobie posiedzieć.
Usłyszał stłumiony szloch dochodzący zza mahoniowych drzwi znajdujących się w końcu korytarza i uznał, że jeżeli tam jest sytuacja kryzysowa, to będzie mógł jeszcze poczekać. Na szczęście tak nie było i równo o siedemnastej z gabinetu wyszła zapłakana nastolatka.
- D-do widzenia proszę pani! – pociągnęła nosem i zaczęła nakładać na siebie płaszcz. Zza framugi wyłoniła się burza blond loków.
- Kamil jest? – odezwał się głęboki głos, którym można by uspokoić wzburzone morze.
- Jest. – odrzekł i wstał z miejsca. Po psychologu spodziewał się dokładnie kogoś takiego. Ładna, zadbana kobieta, z perfekcyjnym makijażem, perfekcyjną fryzurą i roztaczająca wokół siebie aurę harmonii. Za to wygląd jej gabinetu z lekka go zaniepokoił.
Jeżeli sądził, że w korytarzu jest dużo kotów, to był w błędzie. Te zwierzaki były wszędzie, gdzie tylko się dało. Na ścianach, na półkach. Nawet w kącie pomieszczenia znajdował się drapak, na którym wyginał się kotek rasy brytyjskiej. Kiedy Kamil wszedł do pomieszczenia zwierzę spojrzało na niego przez chwilę bursztynowymi ślepiami i chyba uznało go za  nieciekawy widok, bo wróciło do poprzedniej czynności.
„Jezusie przenajświętszy, jeżeli każe mi pisać własną krwią po pergaminie, to nie będę zaskoczony.”
Usiadł naprzeciwko masywnego biurka. Jeszcze raz przyjrzał się ścianom i zobaczył coś co go wzburzyło do głębi. Zwykły kalendarz z małym kociakiem, bawiącym się kulką czerwonej włóczki. Ale było w nim coś irytującego…
… zła data.
Pewnie kobiecie się zapomniało przesunąć czerwonej ramki, lecz Kamil uznał, że nie da rady skupić swoich myśli na wizycie, jeżeli to będzie go ciągle rozpraszało.
- Przepraszam, czy mogłaby pani przesunąć tę ramkę na kalendarzu? Dzisiaj mamy ósmy. – spytał nieśmiało. Spojrzała na niego zaskoczona.
- Och oczywiście. Jestem taka zapominalska. – zaśmiała się podchodząc do kalendarza. Po ustawieniu daty, usiadła za biurkiem i zaczęła namiętnie stukać w klawiaturę laptopa. Kot miauknął głośno i zszedł z drapaka. Zniknął gdzieś za biurkiem, ale Kamil nadal mógł słyszeć jego głośne mruczenie.
- Nazywasz się Kamil Markiewicz tak?
- Tak.
- Data urodzenia?
- Dwudziesty piąty listopad, dziewięć trzy.
- Chorujesz na coś?
- Nie.
- Alergie?
- Na pszczoły.
- Ostatnia wizyta w szpitalu?
- Na końcu marca z wstrząśnieniem mózgu.
- Mieszkasz sam?
- Tak.
- Nie masz problemów w rodzinie prawda? Żadnych uzależnień?
- Żadnych. To znaczy tylko matka pali papierosy, ale poza tym to wszystko.
- Czym się zajmujesz?
- Jestem na drugim roku studiów.
- Skończyłeś liceum czy technikum?
- Liceum.
- Czujesz się szczęśliwy?
- Nie. – odpowiedział bez zastanowienia. Po chwili dotarł do niego sens pytania. - Chwila, co?
- Mamy punkt zaczepienia. – uśmiechnęła się triumfalnie i spojrzała na niego odrywając się od laptopa. Kot nagle wyszedł spod biurka obok jego łydek i zaczął ocierać się o nie swoim łebkiem. Nie żeby sprawiało mu to jakiś problem, ale wolałby żeby ten futrzak go nie rozpraszał. – Powiedz mi, dlaczego nie czujesz się szczęśliwy?
- A dlaczego miałbym się czuć?
- A dlaczego miałbyś się czuć? – powtórzyła pytanie, patrząc na niego wyczekująco. Chłopak westchnął cierpiętniczo. Czekała go trudna rozmowa, na którą nie miał najmniejszej ochoty. Szybko w głowie zaczął wymieniać powody, dzięki którym może być szczęśliwy, a potem powiedział je na głos.
- Bo mam co jeść, mogę czasem nie pójść na wykłady i oglądać „Grę o Tron” do drugiej w nocy. W powietrzu jest bardzo duży poziom jodu i nie będę miał problemów z tarczycą w przyszłości. A w dodatku synoptycy zapowiadają, że następny tydzień będzie bardzo ciepły i słoneczny.
- A poza tym?
- To chyba wszystko. – przyznał.
- Musi być coś jeszcze. Rodzina? Przyjaciele?
- No niby są. – poczuł, że uderzyła w trudny temat. Poprawił się na krześle. - Ale wie pani, jak to jest czasem z rodziną.
- Mówi mi Gosia. – mrugnęła do niego. Ośmielony tym gestem postanowił kontynuować.
- No więc… - starał się dobrać wszystko w odpowiednie słowa. - Wiem, że ich mam, ale w ogóle nie czuję ich obecności. To znaczy, ech, nie wiem. Nie widzę sensu w tym, że są.
- Nawet kiedy przychodzą do twojego domu i próbują cię pocieszyć?
- Nawet wtedy. Po prostu czuję, że robią to bo jest im mnie żal. Myślę... – głos mu zadrżał. – Myślę, że jestem dla nich tylko ciężarem. No bo po co ktoś miałby się mną przejmować? Tylko sprawiam kłopoty i muszą się mną martwić. W dodatku wszystko między nami się zmieniło. Już dawno nie rozmawialiśmy tak jak kiedyś, ja po prostu…
„Cholera, co ja robię? Zwierzam się obcej babie, która ma fioła na punkcie kotów. Psychologowie mają w gabinetach jakiś ukryty wyziew gazu, który rozplątuje język?”
- Po prostu się od nich odsunąłeś. – stwierdziła dobitnie po chwili milczenia. – Wydaję mi się, że im wcale nie jest ciebie żal. Oni naprawdę chcą ci pomóc. Martwią się i chcą jak najlepiej. Tylko ty musisz im dać do siebie dostęp, a nie zamykać się w mieszkaniu i odcinać pomalutku wszystkie więzy, jakie cię z nimi łączą.
- Wcale nie. – burknął i odwrócił wzrok. Kobieta zauważyła, że znowu zaczyna się w sobie zamykać.
- Dobrze zmieńmy temat. Masz może dziewczynę? – zagaiła. Pokręcił przecząco głową. - A co z tą piosenkarką Natalią? O ile dobrze pamiętam to byliście zaręczeni. Nadal ze sobą rozmawiacie, prawda? Chodziła na wszystkie twoje zawody nawet po zerwaniu, więc to musi coś znaczyć.
 - Rozmawiamy i to nawet dość często. Nadal się przyjaźnimy i spędzamy ze sobą czas. I nic do niej nie czuję. Poza przyjacielską miłością. – dodał. – Wiesz, takiego skarbu jak ona nie można wypuścić z rąk przez byle zerwanie.
- Co masz przez to na myśli?
- Jest tak cudowna, że żałowałbym do końca życia, jeżeli zakończylibyśmy tę znajomość. Znamy się już tyle lat i ani razu mnie nie zawiodła. Znaczy nie tak poważnie. Mogłem zawsze na nią liczyć, ona na mnie również, wzajemnie kibicowaliśmy sobie przy naszych sukcesach. Ona mi na zawodach, a ja na jej konkursach wokalnych i późniejszych koncertach, znaczy trochę się zmuszałem, bo tej popowej papki nie da się słuchać bez prozacu, ale czego się nie robi z miłości.
- To bardzo piękne. Takie czyste i niewinne uczucie. Dobrze jest mieć taką osobę, na którą możesz zawsze polegaćć.  – przyłożyła palec do ust i spojrzała w przestrzeń. – Nadal jeździsz na łyżwach? – spytała, próbując go wziąć z zaskoczenia.
- Nie. – odrzekł stanowczo. Ta rozmowa zaczynała go nagle irytować. – Nie jeżdżę i nie będę jeździł. Zrezygnowałem i nie wrócę do tego już nigdy.
- Dobrze, dobrze. Nikt tego od ciebie nie wymaga. – wycofała się. Spojrzała na niego dokładniej i zauważyła, że jest bardzo wychudzony. To ją zaintrygowało. - A tak na marginesie to ile ważysz?
- Dawno się nie ważyłem, więc nie wiem. – wzruszył ramionami.
- Wiesz, możesz to zrobić u mnie. Tylko będziesz musiał się rozebrać. – zastrzegła.
- W ubraniach.
- Ale to nie będzie miało żadnego sensu.
- W ubraniach i tyle. Buty mogę zdjąć. – był nieugięty i uparty.
- Łaskawca. – westchnęła. - No dobrze. – wstała i wyszła na korytarz. W tym czasie Kamil zaczął zdejmować obuwie. Miał tylko nadzieję, że Małgorzata nie zobaczy dziury w jego skarpetce. To jedyne czyste jakie miał, a był już zbyt spóźniony na wykład (nagle postanowił wysprzątać z rana całą łazienkę), żeby poszukać jakiejś innej pary.
Po chwili kobieta wróciła niosąc wagę, oczywiście z wielką mordą kota na środku.
„Koty zdecydowanie nie są już urocze. Teraz będą mi się kojarzyć jedynie z szatanem i szalonymi psycholożkami.”
Postawiła ją na ziemię i wskazała na nią ręką, dodatkowo zachęcając go do tego kuriozalnego wysiłku, jakim było zrobienie paru kroków.
Wstał i stanął na wadze spoglądając z ciekawością na ekran.
- Fiu fiu! Sześćdziesiąt i pół! Odjąć to co masz na sobie i to co zjadłeś daje nam jakieś trzy kilo mniej. Wiesz, że przy twoim wzroście to lekka niedowaga?
- No i co z tego? – udał, że wcale go to nie ruszyło, chociaż tak naprawdę przeraził go stan, w jakim się znajdował. Jakim cudem mógł do tego doprowadzić? Przecież starał się jeść wtedy, kiedy czuł głód. A że nie czuł go już od dłuższego czasu, to była inna sprawa.
- To, że taka waga jest niezdrowa dla twojego organizmu. Ćwiczysz w ogóle?
- Czasem się rozciągam albo pobiegam. - zszedł z wagi i oboje zasiedli z powrotem przy biurku. 
- A czy mogłabym cię o coś poprosić? – nie poczekała nawet na odpowiedź. – Jedz trochę więcej. Jesteś dorosłym mężczyzną i musisz się dobrze odżywiać, żeby mieć źródło swojej męskiej potęgi. To bardzo ważne, zwłaszcza w twoim wieku. Potrzebujesz teraz najwięcej energii.
- Postaram się. – westchnął zakładając buty.
- Coś cię jeszcze dręczy? – spytała spoglądając na zegarek. Mieli jeszcze trochę czasu.
Pomyślał przez chwilę starając się przewertować wszystkie swoje teraźniejsze problemy. Olśniło go.
- Słyszę głos w mojej głowie. – na widok jej miny, szybko pożałował tego wyznania. Postanowił to jakoś naprawić. – Znaczy to nic w stylu dodatkowej osobowości! Uznałem, że to taka moja depresyjka. Ciągle mówi mi, jaki jestem żałosny i nic nie warty. No przyznasz, że tylko depresja jest do tego zdolna, prawda? Nie czuję się jak ten koleś z „Fight Clubu” ani nic. Po prostu czasem wyczuwam, że na moim ramieniu siedzi taka mała osóbka, której celem życia jest pogorszenie mojego nastroju i tyle.
- Rozumiem. – pokiwała głową. – Ale jesteś pewny, że to nie choroba?
- Czy ja wyglądam tobie na kogoś chorego?
- Muszę odpowiadać na to pytanie? – spojrzała na jego wychudzone dłonie i potargane włosy. Co prawda wydawał się myśleć trzeźwo, ale kto go tam wiedział. – Znaczy tak. Wyglądasz na najzdrowszego człowieka na tej planecie. Tylko ubrania na tobie wiszą, nic nie jesz, masz spojrzenie szaleńca… - zaczęła wymieniać z ironią w głosie.
- No dobra, dobra. – machnął ręką zniecierpliwiony. – Ja doskonale wiem, że to depresja, jak nic. Tylko nie wiem, jak się jej pozbyć. Ale to chyba twoja rola, prawda? W końcu po coś moi kochani rodzice cię zatrudnili.
- Nie zwalaj całej tej pracy na mnie. Tu chodzi głównie o ciebie i twoją silną wolę. – wskazała na niego palcem. – Wszyscy możemy próbować ci pomóc, ale jeżeli się zaprzesz nogami, to nic z tego nie wyjdzie, rozumiesz?
- Rozumiem. – mruknął.
- Bardzo dobrze. – klasnęła w dłonie. - Musimy nauczyć cię rozglądania się wokół siebie i dostrzegania, jak bardzo twoja rodzina i przyjaciele starają się poprawić twój stan psychiczny. Rozmawiałam z nimi i mam wgląd w tę sytuację, dlatego będzie nam łatwiej. Nie martw się Kamil, jesteś w dobrych rękach.
- Jupiii. – wzniósł anemicznie pięść do góry.
- Cieszę się, że się cieszysz. – poprawiła okulary. – Dlatego mam dla ciebie dwie propozycje.
- Jakie? – spytał zaciekawiony.
- Zacznij pisać coś na wzór dziennika. – chłopak się skrzywił na samo słowo. Nie jest jakąś głupią nastolatką, żeby pisać w pamiętniczku. – No to może… O! Listy! Pisz do swojej depresji listy. Opisuj w nich stan i emocje, jakie tobą targają. A potem je do mnie przynieś. Zapewnisz mi doskonałą lekturę na te długie, jesienne wieczory i będę wiedziała, co chodzi ci po głowie.
- Naprawdę skończyłaś jakąś szkołę? Czy tylko bawisz się w psychologa? – spytał z niedowierzaniem.
- Cicho bądź. Czas na drugą propozycję. – uśmiechnęła się enigmatycznie. - Zróbmy sobie taką małą zabawę.
Umilkł zaciekawiony.
- Staraj się raz na tydzień robić coś zupełnie…
- Szalonego? – dokończył. Skądś znał tę zabawę.
- Może nie szalonego, ale innego od twoich zwyczajów. Otwieraj się na ludzi, rób nieprzewidywalne rzeczy i staraj się zaskoczyć sam siebie. Będzie bardzo fajnie, nawet nie zauważysz, kiedy twoje otoczenie i ty sam zaczniecie się zmieniać. To prawie zawsze działa, więc miejmy nadzieję, że jesteś tym dobrym przypadkiem. Co ty na to? – wyciągnęła rękę, spoglądając na niego poważnym wzrokiem.
Kamil zamyślił się chwilę. Pół godziny spędzone w tym gabinecie, a on już ma być innym człowiekiem? To wszystko wydawało mu się być śmieszne i żałosne, ale raz kozie śmierć.
- Dobrze. – uścisnął jej dłoń, podejmując decyzję. – W takim razie mogę do kogoś zadzwonić?
- Oczywiście.
Odszedł on niej na moment i szybko wybrał numer do swojego kolegi z uczelni, który tego samego dnia proponował mu wyjście do klubu.
- Co chcesz Markiewicz?
- Słuchaj Krzysiek, jednak dam radę. – poinformował go. - Tylko odbieraj ode mnie telefony, bo nie mam zamiaru was szukać po tym klubie do północy, jasne?
- Paniczu Kamilu, a co to za zaszczyt nas kopnął? – zawołał z autentycznym szokiem w głosie.
- Zamknij się. – warknął i się rozłączył. – To już koniec wizyty? – spytał Gosi. Nie miał zamiaru już o niczym jej opowiadać.
- Najwyraźniej. Chociaż twoi rodzice zapłacili mi za pełne pół godziny. – odparła. - No to do zobaczenia za tydzień. – pomachała mu, a jej kot wskoczył na krzesełko naprzeciwko. Kamil wyszedł na korytarz, nałożył kurtkę i w końcu opuścił ten przeklęty budynek. Spojrzał w niebo i westchnął.
„Nie wierzę, że to robię, jestem żałosny. Muszę pisać cholerne listy do czegoś, co jest tylko abstrakcją w moim umyśle.”
Wrócił na stację, wsiadł do wagonu i pojechał do domu. Kiedy przekroczył próg swojego mieszkania spojrzał na zegarek i odkrył, że ma jeszcze dwie i pół godziny do imprezy, na którą umówił się z kolegami z uczelni. Wspiął się na schodach do swojej sypialni, wyjął w biurka długopis, kartkę papieru i usiadł za nim spoglądając  przez okno. W głowie miał pustkę i zupełnie nie wiedział, co może napisać. Zbierał myśli przez dobre kilka minut, po czym zaczął skrobać po papierze.

Najdroższa depresjo!
Jak się masz? U mnie trochę słabo, pomimo panującej na zewnątrz pogody. Dzisiaj miałem wizytę u polskiej wersji Umbridge, która kazała mi pisać do Ciebie listy. Dlatego przez kilka następnych (mam nadzieję, że nie) miesięcy będziesz zalewana, przez moje wynaturzenia. Dzisiejszy dzień był mimo wszystko owocny. Umówiłem się z Krzyśkiem na imprezę, posprzątałem rano łazienkę i nawet podlałem kwiaty. Nie miałaś racji! W moim mieszkaniu nadal utrzymuje się porządek, a minęły już dwa dni! Może jednak mój wewnętrzny Detektyw Monk wraca? Marta i Natalia będą wniebowzięte. A tak na marginesie, wczoraj zadzwoniła do mnie ta piosenkareczka od siedmiu boleści i powiedziała, że ma napad weny. A to oznacza, że nie zobaczę jej przez następny tydzień, jak nie więcej, bo będzie siedziała w studiu i nie dawała żadnego znaku życia. Tylko czasem zadzwoni, żebym przywiózł jej hamburgera i świeże ciuchy. Ale miejmy nadzieję, że ta jej nowa płyta będzie dobra, skoro tyle nad nią siedzi. Ciągle pisze i wyrzuca nowe teksty, jeden z nich naskrobała nawet na moim blacie w kuchni. Dwie godziny musiałem to zmywać, bo użyła jakiegoś dobrego markera. Podobno zmienia styl i nie będzie cukierkową laleczką, tylko smutną, dojrzałą kobietą, która przeżywa poważny kryzys. Ten opis zupełnie do niej nie pasuje, więc zastanawiam się, co z tego wyjdzie. Poza tym w wiadomościach mówili o tym, że prezydent podpisał jakąś ustawę, która pomoże nam wszystkim godnie przeżyć emeryturę. Jak widzisz czeka mnie wspaniała przyszłość o ile wcześniej nie rzucę się z własnego balkonu. Ta cała Pani Psycholog powiedziała jeszcze, że muszę co tydzień zrobić jakąś szaloną rzecz, czy to nie brzmi cudownie? Pomyśl, jak fajnie będzie zaskakiwać innych ludzi! Stanę się radosnym Kamilkiem, który znowu zacznie się cieszyć z małych rzeczy i nie będzie spędzał wieczorów płacząc na podłodze w kuchni! Boże jestem żałosny. W ramach naszej małej zabawy postanowiłem umówić się do fryzjera, bo włosy ostatnio przeszkadzają mi w życiu. Ciągle tylko drapią i wpadają w oczy, w dodatku zacinając mi się w zawiasy od okularów i muszę je wyciągać, a to jest strasznie czasochłonne. Mam pomysł! Zetnę się na łyso i będzie po problemie. Kupię jeszcze jakiś dres i będę mógł zostać postrachem osiedla. A teraz, skoro już omówiłem wszystkie bieżące sprawy, mam pytanie. Czy mogłabyś wreszcie wziąć swoje tłuste dupsko i wyjść z mojego życia? Jesteś strasznie wredna i przez ciebie nie mogę normalnie myśleć. Serio. Słyszeć twój głos codziennie, to jak wbijać sobie w uszy takie malutkie szpileczki z kolorowymi końcówkami. Jesteś najgorsza. Nienawidzę cię.
Kamil
Odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. Jak nisko musiał upaść, żeby pisać listy do swoich stanów emocjonalnych? Nie czuł po tym znacznej poprawy, a to oznaczało, że Małgorzata była w błędzie.
„Pewnie jej jedyna styczność z psychologią to odcinki „Mentalisty”.” – prychnął w myślach. –„I taka osoba ma się mną zajmować? Już wyobrażam sobie mojego trupa, leżącego pod blokiem. Skok z okna jest taki poetycki i dramatyczny. Może jeszcze puszczę na cały regulator „Jestem bogiem”, żeby wywołać skandal. Ta blond pindzia z telewizji będzie miała przynajmniej niezłą pożywkę.”
Zszedł na dół do kuchni i wyjął z lodówki wędzoną makrelę. Nie patyczkował się z czymś takim jak sztućce i zaczął ją jeść palcami. W radiu trwał odczyt wiadomości, a spiker poinformował słuchaczy, że policjanci postrzelili dziś rano bezdomną staruszkę, która groziła im szpadlem ze swojej leśnej kryjówki pod miastem.
„Może jednak nie mam takiego złego dnia.” – pomyślał i wyrzucił ości do kosza na śmieci. Wziął prysznic, zmienił ubranie na świeższe i wyszedł z mieszkania. Wsiadając do tramwaju czuł, że ma dobre przeczucia względem tej imprezy. Może jednak otwieranie się na ludzi było dobre? Stanął przed klubem i zadzwonił do kolegi.
- Paniczu Kamilu, nasza pozycja jest jasna i klarowna. Siedzimy przy barze i popijamy drineczki z palemką. Czekamy na ciebie z utęsknieniem. Poważnie przychodź, bo ktoś właśnie puścił „Explosion”. Bez odbioru.
Kamil schował telefon do kieszeni i westchnął. Otwieranie się na ludzi na pewno nie było dobre.

~*~
Psychologowie serio tak robią. Serio. Mogę Wam przysiąc. 
W ogóle to Kamil trochę za bardzo malkontenci, ale spokojnie. Już niedługo przestanie być chodzącym smutkiem. Znaczy taką mam nadzieję.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział szósty.

Informacje na początek.