Rozdział czwarty.

- Jak tam twoje samopoczucie? – spytała Małgorzata. Przez te dwa miesiące, w czasie których do niej chodził, w ogóle się nie zmieniała. Była zawsze perfekcyjnie umalowana, jakby zatrudniała co rano makijażystkę, jej ubrania były czyste, wyprasowane i widocznie drogie, a burza blond loków zdawała się być tak trwała, że nie ruszyłoby jej nawet tornado. 
- Od jakichś sześciu tygodni zadajesz mi to samo pytanie. – stwierdził poprawiając się na niewygodnym krześle. Nie, żeby to go denerwowało. Gdyby nie pytała, mógłby jej umknąć fakt, że Kamil nadal znajdował się na samym dnie emocjonalnego dołka. No cóż, może nie na dnie, może trochę się podciągnął, pisząc listy do depresji i wychodząc na imprezy ze znajomymi. Wszyscy zauważyli małą poprawę jego samopoczucia. Nawet Marta i rodzice przestali tak często do niego wpadać. Wrócił do swoich starych, pedantycznych nawyków i zaczął sam sprzątać mieszkanie, dbać o siebie, a to był już spory sukces. Jednak wciąż zdarzały się takie dni, kiedy nie wychodził z domu i leżał na podłodze w kuchni (ewentualnie w salonie), będąc w stanie psychicznego letargu.
- Ponieważ od sześciu tygodni dostaje na nie tę samą odpowiedź. – podniosła czerwony notes wysadzany kryształkami i przeczytała to, co było w nim napisane. – „Byłoby miło, gdybym sobie umarł. Rodzice przynajmniej nie musieliby płacić za moje mieszkanie.” albo „Czy uważasz, że potrącenie przez samochód boli? Bo nie wiem czy skoczyć z okna czy urządzić sobie jogging przez autostradę.”. A to mój ulubiony. Znaczy nie ulubiony, bardzo martwię się twoim stanem psychicznym. - dodała, widząc jego oburzenie. Po chwili zaczęła czytać. - „Magik był naprawdę wartościowym człowiekiem. I nie wszystkie jego pomysły były złe, jeśli wiesz co mam na myśli.”. - uśmiechnęła się pod nosem. - Kiedyś słuchałam Paktofoniki i nie mogę uwierzyć, że ktoś z młodszego pokolenia jeszcze ich zna.
- Cóż, jeżeli muzyka jest dobra, to i muzycy nie zginą. Z resztą w "mrocznej stronie internetu" ten człowiek jest naprawdę sławny. – stwierdził i postanowił wrócić do tematu.  - No ale nie byłoby miło, gdybym sobie tak umarł? Nikt by po mnie nie płakał i tak dalej. Ten pomysł ma same zalety. – westchnął i przeczesał ręką włosy, które były o wiele krótsze, niż na samym początku ich znajomości. Co prawda już trochę odrosły od ostatniej wizyty u fryzjera i jego fryzura znowu stała się trochę nieokiełznana, ale uważał, że taka mu najbardziej pasuje. Jego czarne kosmyki swobodnie układały się na głowie i tworzyły coś na wzór gniazda albo uczesania Ramsaya Boltona z „Gry o Tron”. Marta stwierdziła nawet, że trochę go przypomina, oczywiście tylko fizycznie (co nie zmienia faktu, że od ostatniego czasu nie pozwalała mu nawet ruszać swojego dziecka). Niemniej jednak wszyscy zgodnie uznali, że w końcu ma jakąś porządną fryzurę, a nie tłuste kłaki jak Snape, do którego zaczęto go porównywać.
- Kamil, jeżeli znowu masz zamiar mówić na ten temat, to zaraz zadzwonię do szpitala na psychiatrię. – zagroziła mu po raz kolejny. To był ulubiony argument Małgorzaty na jego wywody o samozagładzie. – Zamkną cię w kaftanie i będą karmić przez słomkę. Albo z procy. Ale się media ucieszą! - klaskała w dłonie udając ekscytację. - To będzie idealny temat do artykułów.
- No dobra dobra. – dał za wygraną i poszukał w myślach tematu, którym mógłby odwrócić jej uwagę. - Jadę za tydzień do Barcelony z Natalią.
- Na finały Grand Prix? - spytała przypominając sobie tę sprawę, którą roztrząsali przez ostatnie dwie wizyty.
- Ta. Wiem, że rozmawiamy o tym już od dłuższego czasu, ale nastąpił we mnie przełom. – zaczął skubać skórki kciuka. – Ona mnie do tego zmusiła. Jest przewrażliwioną szantażystką, która wykorzystuje moją słabość na kobiece łzy. Nie mam zamiaru tam jechać, ponieważ skończyłem z łyżwiarstwem i nie chcę do niego wracać.  – oznajmił, powstrzymując swój tik nerwowy, który polegał na mimowolnym drżeniu warg przy każdym kłamstwie. 
Dowiedział się o nim w wieku dwunastu lat od Marty. Wtedy zaczął nad tym pracować, jednak jak się okazało bezskutecznie.
Tak naprawdę po zakończeniu rozmowy z Natalią coś w nim pękło. Zaczęły powracać do niego wszystkie te znajome odczucia, które hibernował w swoim umyśle, skutecznie tłumiąc rozpaczą. Chciał na nowo poczuć ten klimat mistrzostw, nawet jeżeli miał je tylko oglądać z pozycji widza. Ciekawiły go nowe układy starych oraz nowych zawodników, którzy z pewnością zajęli jego miejsce. Niestety bał się do tego przyznać, jakby uważał to za niegodną go słabość.
- Na pewno? – spytała z podejrzliwym błyskiem w oku. Chłopak wzruszył ramionami unikając jej spojrzenia. Wiedział, że ona wie, że on wiedział o tym, że ona wie, że on kłamie. Nie mógł robić nic poza kontynuowanej tej karykaturalnej, psychologicznej gierki. Poczuł się jak Rodion Raskolnikow na przesłuchaniu u Porfirego Pietrowicza.
- Oczywiście, że tak Małgorzato. Czy ja cię kiedykolwiek okłamałem? – uśmiechnął się pogodnie i nareszcie spojrzał jej prosto w twarz.
Tamta prychnęła i postanowiła przestać owijać w bawełnę. Cenny czas uciekał, a oni mieli tylko pół godziny na tę rozmowę.
- To powiedz, jaka jest prawda.
Poddał się. Dalsze oszukiwanie swojego psychologa wydawało się być bez sensu. Po to przecież siedzi w tym gabinecie, żeby mówić wszystko, co leży mu na sercu i starać się rozwiązywać swoje problemy.
- Nie wiem jak to ująć. Ale nagle znowu zapragnąłem wrócić na lód. – wyznał, krzywiąc się nieznacznie. – Wiesz, poczuć się tak jak dawniej.
- Więc dlaczego tego nie zrobisz? – spytała, jakby to była oczywista oczywistość.
- Bo to jest powrót do mojej mrocznej przeszłości, której nie chcę znać. – stwierdził dobitnie.
- Kamil. Ty nie masz mrocznej przeszłości. Sam sobie ją tworzysz. Tu i teraz. – nachyliła się nad biurkiem. – Na wypadek nie miałeś wpływu, ale masz wpływ na to co się dzieje w tej chwili. I jeżeli nie przestaniesz się tak zachowywać, to kiedyś będziesz wspominał ten okres, jako „mroczną przeszłość”. Znając życie na pewno tak będzie. Dlatego rób wszystko, co sprawi, że staniesz się szczęśliwy. I uważam, że wyjazd do Barcelony to właśnie taka rzecz. Nie myśl o tym, jak o przymusowej karze nałożonej przez Natalię. Postaraj się dostrzec pozytywne aspekty, na przykład… - zamyśliła się na chwilę. – Na przykład hiszpańska kuchnia jest bardzo dobra. W dodatku pod względem architektonicznym, Barcelona jest jednym z najpiękniejszych miast na świecie. Byłam tam rok temu i w następne wakacje też się do niej wybieram. Poza tym spędzisz trochę więcej czasu z Natalią. Z twoich listów wynika, że teraz cały czas siedzi w swoim studiu i pracuje nad płytą. Praktycznie w ogóle się nie widujecie. Taka podróż to będzie okazja, żeby trochę się sobą nacieszyć, prawda?
- Prawda. – potwierdził. Może jednak Gosia miała rację? Może on potrzebuje takiego wyjazdu? – Pojadę do tej Barcelony i tak już nie mam wyboru. Przecież wysłałem jej hajsik, a ta małpa na pewno mi go nie odda. - utrata pieniędzy bolałaby go bardziej, niż powrót do przykrych wspomnień. - Ale chyba masz rację. Muszę przecież jakoś walczyć ze swoimi demonami z przeszłości, a to będzie idealna okazja.
- No i to rozumiem! – pogłaskała kota, który właśnie wskoczył na jej biurko. Zwierzę usiadło naprzeciwko Kamila i zaczęło mu się przyglądać swoimi bursztynowymi ślepiami. Chłopak poczuł się trochę nieswojo, jak na prześwietleniu duszy. – A teraz porozmawiajmy o twoich listach. Przepraszam, ale nie miałam czasu ich czytać, moja córeczka była chora i musiałam się nią zająć. Chciałabym wrócić do tego sprzed dwóch tygodni. Wymieniłeś w nim pewnego człowieka  i szczerze mówiąc, trochę go obsmarowałeś. To mnie zaintrygowało. - oparła głowę na rękach i podniosła brwi do góry w zaciekawieniu. 
- Nie przejmuj się tym. - machnął ręką. - Wcale nie miałem zamiaru być taki wredny, po prostu jakaś moja zła strona nagle się ożywiła i postanowiła trochę po obrażać Bogu ducha winnego człowieka. – wyjaśnił. Nie miał ochoty o tym rozmawiać.
- Poszperałam trochę w internecie i wiem już, kto to jest. – oznajmiła. – Wy dobrze się znacie? W sumie rywalizowaliście ze sobą na jednym lodowisku i chyba raz nawet słyszałam w radio, jak się o tobie wypowiadał.
- Nie znamy się dobrze. – zaprzeczył stanowczo. Nie wiedział, dlaczego ta rozmowa tak bardzo go irytuje. – Znaczy trochę się skumplowaliśmy, na którychś zawodach, ale po wypadku kontakt się urwał. Jakoś tego szczególnie nie żałuję, a wspomniałem o nim w liście, ponieważ widziałem ostatnio jakiś jego wywiad. I jeżeli mogłabyś skończyć ten temat z łaski swojej, byłbym bardzo wdzięczny. 
- Dobrze, rozumiem. – szybko się wycofała. - Nie miałam zamiaru cię zdenerwować. Chcesz mi jeszcze o czymś powiedzieć?
Zaczęli rozmawiać o prozaicznych rzeczach i reszta wizyty przebiegła w spokoju.
Kamil wracając do domu pociągiem, obserwował siedzącego naprzeciwko niego starszego mężczyznę, który był zajęty lekturą porannej gazety. Chłopak wciąż trawił słowa Małgorzaty. Cały ten temat jego mrocznej przeszłości był dla niego bardzo uciążliwy.
 „No niby ma rację. Odciąłem się od tego wszystkiego, ale jak miałem tego nie zrobić? Po tym co się stało z Marcinem.” – nagle poczuł uderzenie ciepła. Nie mógł pozwolić, żeby atak paniki dorwał go w tym momencie. – „Nie nie nie! Nie myśl o tym Kamil, otrząśnij się! Pomyśl jak bardzo będziesz się dzisiaj uczył na wejściówkę. Albo o tym, co zjesz na kolacje.”
Kiedy tylko wrócił do mieszkania, zjadł zupkę chińską i zabrał się za naukę. Ta trwała o wiele dłużej niż zaplanował. Samych terminów do nauczenia się było ponad setka, nie wspominając już o pozostałych rzeczach. Postanowił zrobić sobie kawę (chociaż jej nie znosił) i spędzić nad książkami całą noc. Koło czwartej zasnął i obudził go budzik w telefonie, nastawiony na siódmą. Wyłączył go i postanowił zamknąć oczy na jeszcze pięć minutek, które nagle zmieniły się w minutek trzydzieści. Kiedy tylko zobaczył, jak bardzo jest spóźniony, zerwał się na równe nogi i zaczął się szykować do wyjścia. W pośpiechu zapomniał nawet telefonu, więc był teoretycznie odcięty od świata aż do popołudnia. Pluł sobie w brodę, że nie może sprawdzić nawet Facebooka, kiedy wykłady były najnudniejsze od czasów początku roku. Postanowił, że pogra w wisielca z kolegą z ławki. Wszystko było o wiele ciekawsze, niż embriologia ryb.
Depresjo!
Za dwa dni wyjeżdżam do Barcelony. Chciałbyś może jakąś pocztówkę? Kupię najładniejszą, na jaką będzie mnie stać (Sprawdzałem ostatnio kurs euro i stwierdzam, że nie będzie mnie stać na żadną. Co za dramat.). A może jakąś pamiątkę? Zasługujesz na coś najgłupszego w stylu otwieracza do piwa albo korkociągu w kształcie fallusa (widziałem to kiedyś w Pradze lol). Ty w ogóle go użyjesz? Pijesz alkohol? Pytam się, bo moja wiedza z zakresu pojęć abstrakcyjnych jest bardzo niewielka. Może powinienem Cię jakoś specjalnie karmić, czy coś? Chociaż pewnie już żywisz się moim cierpieniem. Uważaj, bo jeszcze jak staniesz na wadze, to zobaczysz mój numer telefonu (żarty sprzed dziesięciu lat tak bardzo spoko). Wracając do Barcelony. Natalia nie przestaje się ekscytować. Powiedziała, że musimy sfotografować wszystko, co będzie tego warte i obejść wszystkie sklepy. Nie rozumiem jej podniecenia, przecież była w Hiszpanii już tyle razy. Chociażby na wszystkich moich finałach Grand Prix, które się tam odbywały. A tak swoją drogą. Jestem ODROBINĘ PRZERAŻONY wizją spotkania swoich dawnych kolegów. Wyobraź sobie, że tam będzie gdzieś Chris. Co jak mnie spotka i zmusi do wspólnej imprezy? Albo co gorsza – striptizu? Jeżeli dzielisz ze mną wspomnienia, powinnaś wiedzieć, jak najczęściej kończy się nasza zabawa. Na maszcie albo na rurze. Aż mnie melancholia wzięła na samo to wspomnienie. W sumie całe to rozbieranie się nie było takie złe. Wiesz, raz to dostałem nawet stanik jakiejś dziewczyny. Natalia chciała mnie wtedy zabić i prawie jej się udało. A pole dance nie jest taki zły, dzięki niemu udało mi się popracować nad swoją równowagą i mięśniami ramion. W sumie to zastanawiam się, co u Chrisa. Nadal jest z tą swoją dziewczyną (chyba już teraz narzeczoną, o ile dobrze sprawdziłem wiadomości) i ciągle jeździ na łyżwach, a przecież jest już w takim wieku, że emerytura czai się tuż-tuż. Chociaż dobrze wiemy, że są na tym lodowisko osoby jeszcze starsze. Pardon, już miałem o nim nie wspominać. Bardzo mnie ciekawią też nowi zawodnicy. Może pojawił się w końcu ktoś interesujący? Słyszałem, że rosyjskie zaplecze jest bardzo bogate i mają tam bardzo dużo młodych talentów. Ale nie oszukujmy się, od zawsze tak było. Połowa zawodników, którzy wygrywają zawody to Ruscy. I jak tutaj uprawiać zdrową konkurencję, kiedy na starcie nie masz szans? Ech, porozmawiajmy o czymś innym. Zastanawiam się, co spakować na te kilka dni. Jak myślisz, będą mi potrzebne jakieś eleganckie koszule? Tak na wszelki wypadek spakuję jedną. I wezmę jeszcze moje notatki, bo przecież nie mogę się nie uczyć przez te kilka dni. Ojeju, ale się rozpisałem. No zobacz, jak przyjemnie się nam rozmawia (mimo, że to jest tylko mój monolog). Może jednak zostaniemy przyjaciółmi? Boże broń. Jesteś taka okropna, że nawet gdybym został sam na tej planecie, to wolałbym się kumplować z jakimś randomowym kamieniem.
Twój ukochany, który właśnie w tym momencie szuka swojej walizki.

W dzień przed wyjazdem ktoś zadzwonił do jego drzwi, akurat wtedy, kiedy postanowił trochę sobie poćwiczyć. Nie robił tego od dłuższego czasu, więc zirytowany tym, że mu w tym przeszkodzono, nałożył na siebie koszulkę i mrucząc pod nosem jakieś wyzwiska, podszedł do drzwi. Spojrzał przez judasza a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech (zjawisko bardzo rzadkie - porównywalne do pojawienia się gatunku zagrożonego wyginięciem, radośnie hasającego pośrodku wielkiej, głośnej i pełnej zanieczyszczeń metropolii). Co prawda cały obraz zasłonił mu kapelusz w kolorze pudrowego różu, ale doskonale wiedział, do kogo on należy i kto właśnie stoi przed drzwiami jego mieszkania.
- Mama! – zawołał cicho, otwierając drzwi. Przytulił się do niskiej, pulchnej kobiety. Była do niego bardzo podobna: ten sam kolor włosów, kształt wiecznie zadartego do góry nosa, a nawet spojrzenie piwnych oczu. On był jej męską wersją, a ona jego damską. Co prawda sięgała mu tylko do ramion, ale i tak zewnętrznie wyglądali niemalże identycznie.
Jedyne czym się różnili to charakter. Katarzyna Markiewicz była wybuchowa, głośna i radosna, podczas gdy Kamil… wszyscy wiemy, jaki jest Kamil. Ona była słońcem, a on ołowianą chmurą, która je zasłaniała. Ona wpadła z łoskotem do mieszkania, a on poszedł za nią, powłócząc nogami. Ale właśnie za to kochał swoją matkę. Potrafiła swoim uśmiechem rozjaśnić niejeden ponury dzień. Czasem się zastanawiał, czy jest taka radosna nawet, kiedy śpi.
- Kamciu, czy ty wiesz, że pada śnieg? Przecież mamy początek grudnia, a nad morzem nigdy tak wcześnie nie śnieży! – ściągnęła z siebie długi szal rozsiewając przy tym dobrze znaną mu woń perfum (oczywiście, że były to te sławne numer pięć) i papierosów. Wziął głęboki oddech i poczuł się jak w rodzinnym domu. Brakowało jedynie zapachu ciastek i środka do mycia drewnianych podłóg.
Za Katarzyną Markiewicz pojawiła się Marta, trzymająca trzy papierowe torby. Była całkowitym przeciwieństwem Kamila. Niska, zgrabna blondynka o szarych oczach. Kiedyś miała o wiele dłuższe włosy, ale po porodzie ścięła je do szyi, żeby zacząć wyglądać jak prawdziwa, kobieta sukcesu. Była bardzo ładna i na studiach nie mogła opędzić się od chłopaków, na szczęście nie miała problemów ze znalezieniem tego jedynego i na ostatnim roku wzięła ślub. A później urodziła synka, który wydawał się być jej idealną kopią. Tak samo jak ona miał szare oczy, płowe włoski i nawet uśmiechał się identycznie. Wszystkie te cechy zarówno Marta i jej syn odziedziczyli po ojcu i dziadku tej dwójki, który właśnie jako trzeci przekraczał próg mieszkania. Był to naprawdę wysoki, postawny mężczyzna o blond czuprynie nietkniętej łysiną i roześmianych oczach. Mimo swojego wzrostu wcale nie sprawiał wrażenia kogoś przerażającego. Przypominał bardziej misia Puchatka niż groźnego niedźwiedzia. Trzydzieści lat małżeństwa z Katarzyną zrobiło z niego całkowitego pantoflarza. Jedyne, co potrafił to głośno potakiwać i mówić: „Dzieci, nie denerwujcie mamy.”. Na jego twarzy w ciągu tych lat pojawiło się naprawdę wiele zmarszczek mimicznych, dzięki którym wyglądał jeszcze przyjemniej. To właśnie po nim Kamil odziedziczył swój spokój i flegmatyzm. Kiedy damska część tej rodziny była wybuchowa i energiczna, to męska stawiała na chłodną kalkulację i delikatny indyferentyzm.
Katarzyna często to wykorzystywała, żeby osiągnąć jakiś swój ukryty cel. Na przykład teraz, kiedy nie dając Kamilowi nawet dojść do słowa, cmoknęła go na przywitanie i zaczęła głośno trajkotać na całe mieszkanie.
– Kamciu, Kamciu, musisz spakować jakiś ciepły płaszcz! Jeszcze mi tam cię przewieje i się pochorujesz. Pijesz witaminę C, którą ci kupiłam? - powiesiła swój płaszcz na wieszaku i rozejrzała się po korytarzu. - Kosztowała niemało i nie chcę, żeby się zmarnowała, rozumiesz Kamcia?
- Mamo… - Kamcia zmazywał z policzka wielki czerwony ślad po szmince. – Ale w Hiszpanii jest pewnie cieplej. Wezmę kurtkę i tyle. Najwyżej zamarznę, jak temperatura postanowi nagle spaść. – wzruszył ramionami i spojrzał na swoją siostrę. - Myślałem, że to będzie pełne rodzinne zebranie, jak już tak postanowiliście wtargnąć bez zapowiedzi. Gdzie jest szwagier? 
- Z Luckiem u teściów. Nie uwierzysz!  Lucek zrobił swój pierwszy kroczek! Teraz będzie pewnie musiał przebiec maraton po ich domu "bo to takie urocze". – pisnęła udając głos swojej teściowej.  
- Więc po co przyszliście? – spytał wchodząc do salonu. Cała gromadka już się tam rozgościła i nie przejmując się gospodarzem, zaczęła rozkładać torby na sofach i szafkach w kuchni.
- Pomóc ci w spakowaniu się. – po mieszkaniu niczym grom rozległ się głos ojca. Zawsze brzmiał trochę jak start odrzutowca i czasami, kiedy odzywał się zupełnie nieoczekiwanie, potrafił wystraszyć wszystkich na około. – I mama zrobiła bigos. Dwa słoiki, żebyś nie musiał głodować.
- Fu, bigos. – chłopak wzdrygnął się z obrzydzeniem. Nienawidził bigosu.
- I pastę z makreli. – dodał wiedząc, że ten argument poprawi mu nastrój.
- Mamo, kocham cię. – Kamil nagle uwisł na niej jak mały chłopczyk. Uwielbiał ryby morskie, a w szczególności makrelę, którą mógłby jeść całe dnie. – To gdzie ta pasta?
- Najpierw zjemy bigos! – zarządziła i sekundę później znajdowała się już przy kuchence. Opróżniła jeden słoik do dużego garnka i włączyła gaz. Zaczęła nucić kołysankę „Na Wojtusia z popielnika”, a jej śladami podążył mąż (oczywiście, żeby trochę popodjadać), zostawiając rodzeństwo same w salonie. Marta usiadła z głośnym plaskiem na sofie i poprawiła swoją fryzurę. Upięła włosy w wysoką kitkę, która dyndała na jej głowie, jak koński ogon. Zawsze kiedy miała kucyka, kok lub warkocza, wszyscy mogli w całej okazałości podziwiać jej twarz. A im dłużej się przyglądali tym bardziej byli pewni jej piękna. Miała duże oczy, wąski nos, wysoko wysunięte kości policzkowe i szerokie usta, zawsze pomalowane na jakiś jaskrawy kolor. W dodatku jasna cera z prześwitującymi naczynkami, nadawała jej wygląd księżniczki, a nie ciężko pracującej żony i matki. Co prawda pierwsze zmarszczki zaczęły się pojawiać w kącikach jej oczu, ale nie przejmowała się tym szczególnie. Jak to mówiła: „Każdy musi się kiedyś godnie zestarzeć.”.
- Jak się czujesz przed tym wszystkim? – spytała starając się brzmieć delikatnie. Widziała małą poprawę jego samopoczucia, więc nie chciała dodatkowo stresować swojego małego braciszka.
- Lepiej. Trochę się stresuję podróżą i tym, że no wiesz, znowu zobaczę ich wszystkich. – odrzekł siadając obok niej. Jego wzrok przykuły papierowe torby. – Co tam mi naniosłaś do domu?
- A no tak. Torby. Postanowiłam, że zrobię trochę powideł i oddam je głodującemu studentowi. Poza tym teściowa wydziergała ci sweter, gdzie mam go położyć? – spytała wstając.
- Daj do drugiego pokoju. – machnął w stronę drzwi znajdujących się naprzeciwko wejścia do łazienki.
Mieszkanie Kamila było bardzo dziwnie rozplanowane. Na dole znajdowała się łazienka, salon, kuchnia i dodatkowy pokój, który służył teraz za składzik na niepotrzebne ubrania i graty takie jak stare medale, zepsute lampki i nieużywany sprzęt do ćwiczeń. Stało w nim łóżko jednoosobowe, komoda, półka na książki oraz szafka nocna, jednak chłopak prawie w ogóle tam nie wchodził. 
W lewym kącie salonu, za kuchnią stały spiralne schody prowadzące do sypialni. Na wyższym piętrze mieściła się również łazienka, jednak znacznie mniejsza od tej na dole. Wyposażona jedynie w prysznic, umywalkę i toaletę podczas gdy ta druga posiadała to samo plus jeszcze pralkę oraz ogromną, białą wannę z hydromasażem, która zajmowała połowę powierzchni. Prawie nigdy z niej nie korzystał, bo uważał, że to zbędne marnowanie wody, mimo że potrafił stać pod strumieniem prysznica nawet godzinę.
Marta zniknęła na chwilę w korytarzu i wróciła już bez jednej z papierowych toreb. Była widocznie zamyślona.
- Powinieneś sobie znaleźć jakiegoś współlokatora. Płaciłbyś mniej i w ogóle nie byłbyś taki samotny pośród tych zimnych, czterech ścian. – zaproponowała kładąc słoiki z powidłami na wysepce.
- Ta, kiedyś poszukam. – skłamał rozkładając gazetę. Wcale nie chciał mieć współlokatora. To byłoby tylko niewygodne obciążenie. Jakaś obca osoba, która egzystuje w tej samej przestrzeni życiowej i zabiera cenny tlen. Kamil wolał mieszkać sam. Czuł się wtedy niezależny i mógł robić wszystkie głupie rzeczy w stylu tańczenia układu z „Single Ladies”. Albo płakania w samotności, co kto wolał.
- Janek puszczaj! Bo dzieci przyjdą! – oboje usłyszeli zduszony krzyk matki z kuchni i zobaczyli, jak kobieta uderza swojego męża drewnianą łyżką. Tamten śmiał się serdecznie i ją przytulił. Kamila i Marta uznali, że czas na interwencję.
- Tato, ja nie chce mieć już rodzeństwa. – jęknął chłopak, siadając przy wysepce. Wciąż nie mógł się nadziwić, że pomimo długiego stażu w małżeństwie, wysokiej pozycji społecznej i w miarę dobrej pracy potrafili zachowywać się jak para nastolatków, którzy przeżywają swoje pierwsze zauroczenie.
- Nie lubisz swojej siostrzyczki gówniarzu? – zaśmiała się Marta zajmując miejsce obok niego. Uderzyła go w głowę z otwartej ręki. – Uważaj, bo przestanę być taka miła.
- Dzieci nie bijcie się! – krzyknęła Katarzyna znad garnka, a potem cicho szepnęła, żeby nikt nie mógł jej usłyszeć. – Bo znowu was zamknę, tym razem w piwnicy.
Po kilku minutach cała czwórka siedziała obok siebie, zajadając się bigosem.
- To powiedz Kamil. Jak ci idą studia? – spytał ojciec.
- W porządku. Napisałem dobrze wejściówkę i tak dalej. A na ćwiczeniach rozkrajaliśmy ryby szukając w nich nicieni. Znalazłem takiego, co miał prawie dziesięć centymetrów! – krzyknął podekscytowany i uniósł do góry ręce, żeby pokazać mniej więcej, jakiej długości było to znalezisko. 
- Boże, ja chcę zjeść bez porzygu. – jęknęła Marta w stronę miski. Postanowiła dla dobra własnego i rodziców zmienić temat. – To może powiem, że mój mąż i ojciec mojego dziecka zrobił wspaniałą inwestycję na zachodzie! Wygrał przetarg na ważny projekt i wyjeżdża na dwa tygodnie. Będę za nim tęsknić to fakt, ale za to wizja pieniążków potrafi osłodzić moje życie. – zaśmiała się cicho na samo wyobrażenie ubrań i kosmetyków, które będzie mogła kupić.
- O, Martusiu! To wspaniale! A ja się pochwalę tym, że udało mi się upolować na wyprzedaży tę torebkę, którą miałam na oku od dwóch miesięcy! A wiecie, jaka była o nią walka? W końcu obniżyli cenę, o dziesięć procent i już jedna raszpla trzymała na niej swoje okropne tipsy, kiedy ja wpadłam, wyrwałam i kupiłam! – krzyknęła matka. Mąż poklepał ją po głowie, jak psa i ponownie spojrzał na swojego syna. W tej wizycie nie chodziło przecież o pasjonujące rozmowy o torebkowych walkach na śmierć i życie.
- A jak z resztą? No wiesz, łyżwy i tak dalej. Nie chciałbyś może z nami pojeździć? Wynajęlibyśmy lodowisko, jak za starych dobrych czasów. – zaczął wiedząc, że uderza w czułą strunę.
- Nie chce o tym rozmawiać, dobrze o tym wiecie, że już z tym skończyłem. – atmosfera stała się ciężka. Wszyscy spuścili wzrok w swoje miski z jedzeniem. Tak zawsze kończyło się pytaniem chłopaka o łyżwy. Szybkim zakończeniem tematu, a także radosnego nastroju.
Matka Kamila nagle wstała od blatu i podeszła do swojego syna obejmując go od tyłu. Ten gest tak go zaskoczył, że wydał z siebie zduszony okrzyk pomieszany ze słowami „Co jest?”. Jego ojciec położył mu rękę na ramieniu, zaś siostra delikatnie pogłaskała go po włosach. Zawsze starali się tym jakoś naprawić sytuację. Uważali że wzajemnie przytulanie i dotyk są bardzo ważne w rozwijaniu rodzinnych więzi. Działało to doskonale, jak można było wywnioskować z ich relacji. Cała czwórka trwała tak w ciszy, dopóki głowa rodziny nie postanowiła się odezwać.
- Pamiętaj synku, że nie ważne jakiego wyboru dokonasz my i tak będziemy z ciebie dumni. Na łyżwach, bez nich, to nie ma różnicy. - po czym dodał po cichu. - Tylko nie wyląduj w MacDonaldzie, bo tego ci nie wybaczymy.
- Dzięki. – odrzekł wzruszony. Dopiero teraz zaczął rozumieć, jak bardzo wszyscy się starają. Nie pozwalają mu całkowicie stoczyć się na samo dno tego emocjonalnego dołu. Swoją obecnością nie tylko poprawiają mu nastrój, ale także dają nadzieję. To było coś pięknego. – Naprawdę dzięki.
Po tej uroczej scenie dokończyli obiadokolację i zaczęli pomagać Kamilowi w pakowaniu. Wyszli koło jedenastej zostawiając go w bardzo dobrym nastroju. Prawdopodobnie najlepszym od ostatnich kilku miesięcy.
Następnego dnia chłopak stał zniecierpliwiony na środku dworca głównego, czekając na Natalię. Oparł ręce na biodrach i tupał nogą z zawziętością. Bał się o to, że wkłada w to za dużo siły, nawet spojrzał w dół, żeby zobaczyć czy na pewno nie wydrążył w marmurowej posadce jakiejś dziury. 
„Znam ją już siedem lat, a mimo to nadal mnie denerwuje to jej spóźnialstwo.” – łypnął na zegarek. Kolejna wada Natalii, którą musiał znosić. - Mamy tylko cztery minuty do odjazdu pociągu, za nic nie da rady już dotrzeć na czas."
Uniósł oczy i odetchnął z ulgą widząc znajomą postać.
Natalii nie można było nazwać pięknością, zwalającą z nóg. Co do tego nie było wątpliwości. Lecz aura, jaką wokół siebie roztaczała nadawała jej osobie czegoś wyjątkowo intrygującego. Posiadała idealne proporcje ciała i zdawała sobie z tego doskonale sprawę. Umiała to wyeksponować zakładając obcisłe, aczkolwiek klasyczne ubrania, podkreślające jej atuty. Okrzyknięta została nawet „Najlepiej wyposażoną piosenkarką 2015 roku” i co chwila potrafiła o tym wspomnieć mimochodem, żeby tylko się pochwalić. Dbała o siebie jak mało kto, miała wyznaczony ten sam od wielu lat rytm nakładania kremów, maseczek i regularnych ćwiczeń. Ale dzięki tej rutynie i wielu wyrzeczeniom wyglądała, jak wyglądała. Czyli po prostu bardzo dobrze.
Jej długie, kręcone lokówką włosy falowały na wietrze, roztaczając wokół zapach uwielbianego przez Kamila malinowego szamponu. Ostatnio chcąc być modna zafarbowała je na szaro, dlatego od spodu widoczne były już kasztanowe odrosty. Mimo, że grudzień zagościł już dawno w kalendarzu i słońce schowało się za chmurami, na nosie miała swoje ulubione okulary przeciwsłoneczne. Nie chciała, żeby ktoś ją rozpoznał i opóźnił ich wyjazd do stolicy na samolot (i tak już sama się do tego wystarczająco przyczynia). Gdy tylko podeszła do Kamila od razu je zdjęła i założyła na głowę, dzięki czemu mógł w pełni podziwiać jej zielone oczy.
- Już jestem! - cmoknęła go szybko w policzek, zostawiając na nim grubą warstwę malinowego błyszczyku. - Wybacz mi spóźnienie, ale w centrum był wypadek i musieliśmy jechać okrężną drogą. – zaczęła się usprawiedliwiać, jednak chłopak nawet nie słuchał. Wyrwał jej z ręki walizkę i pośpiesznym krokiem ruszył w kierunku peronu, na którym stał już ich pociąg. Na szczęście zdążyli.
- Mieliśmy tylko dwie minuty. Jesteś straszną farciarą. – skwitował, pomagając jej wsiąść do wagonu.
- Ile będziemy dokładnie jechać? Sprawdziłeś? – spytała szukając ich miejsca. Gdy tylko je znalazła, od razu zajęła siedzenie przy oknie, mimo tego, że było ono zarezerwowane dla Kamila.
- Dwie godziny, może trzy. – odpowiedział niezadowolony. Ale postanowił z nią nie dyskutować, ponieważ i tak postawiłaby na swoim. Zapewne użyłaby do tego płaczu, a scena rozpaczy to ostatnie, co pragnął przeżyć podczas tej podróży.
- Dobrze! W takim razie idę spać. – oznajmiła i ułożyła się wygodnie na jego ramieniu. Tamten spojrzał na nią cierpiętniczo i zajął się pasjonującą lekturą nowego wydania ulubionej gazety. W tej pozycji przejechali całą podróż. Natalia za nic nie chciała go puścić, w dodatku zaczęła się ślinić. Kiedy Kamil całkowicie stracił czucie w ramieniu i myślał powoli o amputacji, ku jego ogromnej uldze głos, dobiegający z głośnika oznajmił, że zbliżają się do ich docelowej stacji. Resztę podróży na lotnisko przebyli w milczeniu.
Dopiero gdy wsiedli do samolotu Natalię zaczęły ponosić emocje.
- Stary, czy ty sobie wyobrażasz jakie to będą wrażenia? – potrząsnęła nim. – Zobaczyć mistrzów na żywo! Prawie czuć ich pot na swojej twarzy!
- Przecież czułaś mój pot, kiedy brałem udział w zawodach i jakoś ci się nie podobało. – zauważył przypominając sobie, jak zawsze go odpychała po występie z tekstem „Odejdź stąd spocona świnio!”. -  Poza tym, „stary”? Kto jeszcze tak mówi? Tylko niewychowane dziewuchy. – poczochrał ją po włosach. – A ty nie jesteś niewychowana.
- Dobrze, już nie będę. – odpowiedziała z udawaną skruchą i wyjęła z kieszeni telefon. – Zróbmy sobie zdjęcie!
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. – zaczął rozglądając się po wnętrzu samolotu. – Zaraz startujemy.
- Więc mamy ostatnią szansę. Nie protestuj tylko się uśmiechaj. – rozkazała stanowczym tonem. Kamil chcąc nie chcąc wyszczerzył zęby starając się, żeby nie wyglądało to zbyt sztucznie. Natalia kazała mu w dodatku zrobić jakąś głupią pozę, więc odetchnął z ulgą, kiedy w końcu nacisnęła guzik i rozległ się dźwięk migawki. 

~*~
Stacja czwarta: Mendalejew po raz kolejny mąci w kanonie. I jest z tego powodu bardzo sobą zażenowana. 
W każdym razie, nareszcie dochodzimy (o ile ktoś to w ogóle czyta x'DDD) do części właściwej. Łuuu *macha rękami w rytm hardbassu*. 
Tak bardzo zmęczona, że nawet nie chce mi się poprawiać błędów, więc sorrrrryyyy~ 

Komentarze