Rozdział pierwszy.

- To nie tylko strata dla polskiego sportu, - donośny głos potężnego mężczyzny odbijał się od trybun stadionu, tworząc echo, które tylko potęgowało posępny nastrój. - ale i dla światowego łyżwiarstwa figurowego. Marcin Adamowicz jest... był naszym skarbem i wielką dumą. Wszystkie jego sukcesy cieszyły nasze serca, a porażki nie smuciły, lecz napawały nadzieją na lepsze występy w przyszłości. To on stworzył polskie łyżwiarstwo figurowe, będąc jego największą dumą, za co jesteśmy mu dozgonnie wdzięczni. Dlatego chciałbym w imieniu całego ministerstwa sportu złożyć kondolencje jego rodzinie i wszystkim podopiecznym, a w szczególności złotemu medaliście, Kamilowi Markiewiczowi. - mówiąc to poprawił swój czarny krawat. Drobna mżawka, która unosiła się w powietrzu osiadła na jego ramionach sprawiając, że grafitowy materiał garnituru delikatnie błyszczał. Ciężkie chmury wisiały na niebie, dlatego słońce nie miało żadnych szans na oświetlenie całej ceremonii pożegnalnej swoimi promieniami. - Marcinie, dziękujemy za to że byłeś.
Ukłonił się w stronę tłumu, który zebrał się przed sceną ustawioną na murawie. Dzień był pochmurny i dosyć zimny jak na kwiecień toteż większość ludzi była ubrana w ciepłe płaszcze, szaliki i czapki. Wszystkie koloru czarnego. Przyszli tutaj, żeby złożyć ostatnie pożegnanie i wyrazy szacunku człowiekowi, którego wciąż podziwiali. Każdy doskonale pamiętał jego zwycięstwa, które sprawiły, że łyżwiarstwo figurowe stało się w Polsce naprawdę popularne. Nagle wszyscy zaczęli uczyć się jazdy, skoków i figur, a mania na Adamowicza osiągała punkt kulminacyjny, kiedy sportowiec odbierał srebrny medal na olimpiadzie zimowej. Jego emerytura była czymś łatwym do przewidzenia, w końcu kariera łyżwiarza kończy się jeszcze przed trzydziestką, jednak wywołała zawód w sercach wielu kibiców. Dlatego, kiedy pojawił się jego uczeń - niepozorny Kamil Markiewicz, wszyscy odzyskali nadzieję, że będą mogli przeżyć to samo, co kilkanaście lat temu. I nie zawiedli się.
Kamil podążając śladami swojego trenera utwierdził mocną pozycję Polski na arenie międzynarodowego łyżwiarstwa. Co prawda był jedynym reprezentantem tego kraju, ale za to w jakim stylu zdobywał medale i zwycięstwa! W dodatku wrodzony urok osobisty i aura tajemnicy, jaką wokół siebie roztaczał sprawiały, że powstał jego dość spory fanklub złożony głównie z piszczących na widok chłopaka nastolatek. Zapewne wiele z nich stało teraz przed sceną, żeby wspierać swojego idola, który po wypadku i wyjściu ze szpitala, nie dawał żadnych oznak życia. Schował się w swoim mieszkaniu i wyszedł na światło dzienne po raz pierwszy dopiero na ceremonii pożegnalnej swojego byłego trenera.
Mężczyzna po skończonej przemowie zszedł z podium i z zadziwiającą jak na tak potężnego człowieka delikatnością położył bukiet kwiatów pod zdjęciem roześmianego Marcina, które było przewiązane czarną wstążką. Po prawej stronie podium siedziała rodzina zmarłego złożona z żony i dwóch dorosłych córek, w dodatku obecnych było kilkoro ważnych członków związków sportowych, olimpijczyków oraz wyraźnie odznaczająca się postać. Kamil Markiewicz, który pochylił głowę do przodu chowając swoją twarz w dłoniach. Kiedy tylko minister usiadł obok, chłopak poprawił okulary, które przez niewygodną pozycję ześlizgnęły mu się z nosa i wstał w celu podejścia do mikrofonu. Mężczyzna złapał go za ramię.
- Kamil, nie musisz tego robić, jeżeli nie jesteś w stanie. Nikt cię do tego nie zmusza. - wyszeptał tubalnym głosem. Chłopak był blady i ledwo trzymał się na nogach. Zapewne nie spał wiele nocy z powodu emocji, jakie targały nim po wypadku.
- Dam radę, proszę się o mnie nie martwić. - odrzekł i skierował swe kroki w stronę podium Ostatni raz spojrzał na zdjęcie stojące na małym, drewnianym postumencie i westchnął. Fotografia przedstawiała człowieka, który przez ostatnich kilka lat był dla niego jak ojciec. Trenował go, wspierał i traktował, jak członka swojej rodziny.
A teraz Marcin nie żyje.
Zostawił go samego w tym ogromnym świecie, na którym zdawało się nie być już żadnej przyjaznej osoby, mogącej by w niego wierzyć tak bardzo jak zmarły trener. Już nigdy go nie zobaczy, już nigdy nie usłyszy jego troskliwego głosu, a nawet pełnych krytyki krzyków i reprymend. Dlaczego tak właśnie musiało się stać? Dlaczego Marcin zginął?
Zilustrował wzrokiem widownię nagle czując ścisk w gardle na widok wielu znajomych twarzy, które wpatrywały się w niego z wyczekiwaniem. Dziennikarze, przyjaciele, rodzina bezskutecznie próbowali go wypytać o wypadek. Nie pamiętał niczego i to nie z powodu jakiegoś urazu. Doznał jedynie wstrząsu mózgu, przez co jego wizyta w szpitalu nie trwała długo. To była dla niego tak ogromna trauma, że kilka dni sprzed wypadku wymazał ze swojej pamięci. Zarówno bankiet, z którego szybko zniknął, jak i same Mistrzostwa Świata, w których wygrał pierwsze w swojej karierze złoto. Niestety czasem migawki z tego zdarzenia pojawiały się w głowie Kamila wywołując migrenę i duszności. Musiał wtedy znaleźć jakieś ustronne miejsce, w którym mógł się schować i uspokoić. Dziękował w duchu Bogu, że panika nie złapała go na tym publicznym występie. Miał do powiedzenia coś ważnego, a powtarzające się w ostatnim czasie „ataki" wcale by mu w tym nie pomogły. Wziął głęboki oddech i w końcu przemówił.
- To moja wina.
Wyprostował się i dając sobie kilka sekund na opanowanie dziko bijącego serca. Powtórzył mocniejszym głosem.
- To moja wina. To przeze mnie on zginął. Dlatego chciałbym wszystkich was przeprosić. Przeprosić za to, co się stało. Oddałbym wszystko, żeby móc cofnąć czas, jednak... - głos załamał mu się wtedy, kiedy napięcie wśród publiczności było największe. Cały obraz przesłoniły mu łzy zbierające się w oczach. Musiał przecież dokończyć za wszelką cenę. - ... jednak wiem, że tak się nie stanie. Dlatego jeszcze raz przepraszam wszystkich i ogłaszam publicznie, że zawieszam moją karierę. - ostatnie słowa wzbudziły oburzenie. Kilkoro dziennikarzy, którzy pierwsi otrząsnęli się z szoku, zaczęli krzyczeć w stronę podestu pytania, które nie znalazły odpowiedzi. Chłopak zbiegł tak szybko, że niemal wywrócił się o kabel leżący na scenie.
Ten dzień stał się dniem pożegnania z dwoma zawodnikami, którzy w ostatnich latach byli jednymi z najważniejszych polskich sportowców. Jednego stracili tydzień temu w wypadku, a drugi rozpłynął się w powietrzu uciekając przed dziennikarzami. Większość ludzi pod sceną była na tyle zaskoczona, że nie zdążyli nawet zauważyć jego zniknięcia.

- Jednak Kamil Markiewicz zniknął nie tylko z uroczystości pożegnalnej ale i z życia sportowego. - piskliwym głosem ogłosiła pulchna blondynka, prowadząca popularnego talk-show, w którym co tydzień obnażała mniejsze lub większe gwiazdy z ich wszystkich sekretów. Ten odcinek był poświęcony na wyjaśnienie sytuacji, która miała miejsce na ceremonii pożegnalnej Marcina Adamowicza. Jego śmierć była gorącym tematem w mediach i każdy chciał powiedzieć o niej parę słów od siebie. Zazwyczaj były to zapewnienia o swojej dozgonnej przyjaźni i nieskończonym podziwie dla sportowca. Natomiast prowadząca tego talk-show była inna. Nie liczyły się dla niej sentymenty i miłe słówka. Chodziło głównie o dostarczenie rozrywki swoim widzom, którzy głodni medialnego mięsa zapewniali jej rekordy oglądalności. - Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z tego co stało się w nocy po ostatnich mistrzostwach świata. Marcin Adamowicz - emerytowana gwiazda łyżwiarstwa, zginął w okropnym wypadku samochodowym. Ze śledztwa policji wynika, że kierowca auta, które jechało obok, zasnął i nie panując nad kierownicą zepchnął samochód Adamowicza na barierkę. On zginął na miejscu, ponieważ siła uderzenia skumulowała się w miejscu kierowcy, jednak z życiem uszedł jego najlepszy uczeń, który przecież zdobył dla nas upragnione złoto! Jego emocjonalny układ wycisnął z naszych oczu gorzkie łzy, wszyscy widzieliśmy to, jak rozpłakał się w środku choreografii. A później jego odwieczny rywal przewrócił się podczas wykonywania skoku, zapewniając Markiewiczowi pierwsze zwycięstwo w Mistrzostwach Świata. Wszyscy byliśmy zbyt pijani szczęściem, by dotarła do na tragiczna informacja, o tym że Marcin Adamowicz zginął. A kiedy to już się stało, nie mogliśmy się otrząsnąć z rozpaczy. Przecież jeszcze kilka godzin wcześniej udzielał wywiadu, w którym zachwalał swojego podopiecznego! Tymczasem tydzień po śmierci mistrza, Kamil Markiewicz wziął na siebie całą winę za ten wypadek i ogłosił zawieszenie swojej kariery. Może i miał rację, w końcu to on zmusił Adamowicza do wcześniejszego wyjścia z oficjalnego bankietu, który odbywał się w hotelu dzień po ceremonii wręczenia medali. Ale nie o to chodzi! Czy mogłoby być jeszcze gorzej? Nie dość, że Polska straciła figurowy skarb numer jeden to jeszcze ten drugi obraża się na wszystko i postanawia uciec. - ta uwaga spotkała się z oburzeniem widzów, którzy bacznie przyglądali się programowi. Prowadząca nie mogła jednak usłyszeć przekleństw pod swoim adresem, więc kontynuowała z niesłabnącą radością. - To bardzo samolubne z jego strony. Właśnie teraz powinien się wziąć w garść i walczyć z podwójną siłą! Przecież śmierć trenera powinna być dodatkową motywacją w następnych zawodach! Kamil jest teraz w swojej szczytowej formie i powinien zdobywać dla nas jak najwięcej medali, a nie rezygnować. Nie wiem, jak wy, ale ja byłam ogromnie zdziwiona tą wiadomością. Ale przecież Markiewicz od zawsze uwielbiał zaskakiwać! Każdy pamięta to z jaką łatwością ogłosił zerwanie zaręczyn, ze swoją wieloletnią partnerką albo chociaż jego pijackie wybryki na wielu imprezach. Niech rzuci kamieniem ten, który nie widział zdjęcia, na którym wspinał się w samej bieliźnie wraz ze szwajcarskim łyżwiarzem po maszcie stojącym przed hotelem, w którym się zakwaterowali. Siedzieli tam, dopóki ich trenerzy nie ubłagali ich, żeby w końcu zeszli. Wszystkie fanki na szczęście miały już zdjęcia ich umięśnionych ciał. To była heca! Dzień po tym, kiedy zdobył srebro brawurowym układem zakończonym bliskim spotkaniem z barierką! Ale pytanie brzmi: co teraz zamierza robić nasz champion? Wiadomo przecież, że jest studentem bla bla, ale co poza tym? Zacznie udzielać się w reklamach, tworzyć muzykę, albo wypuści własny film pornograficzny? Jako upadła gwiazda ma wiele możliwości, a każda jest bardziej ciekawa! Na pewno, gdyby teraz się postarał, mógłby zostać rozchwytywanym celebrytą, który nie miałby już przed nami żadnych tajemnic!
Lecz teraz to nie jest najważniejsze.
Przyjrzyjmy się tej postaci. - na ekranie pojawiła się fotografia młodego bruneta, który ubrany w idealnie skrojony garnitur pozował do zdjęcia. Jego rozczochrana czupryna układała się chaotycznie na głowie, a okulary w grubych czarnych oprawkach ześlizgiwały się z nosa. - Kamil Markiewicz to urodzony dwudziestego piątego listopada roku dziewięćdziesiątego trzeciego łyżwiarz figurowy, którego największymi osiągnięciami jest mistrzostwo świata oraz liczne srebrne medale. Jego rodzice są grubymi rybami w świecie biznesu. Matka to menedżerka gwiazd takich jak Katoda i Krzysiek Lütz. Zaś ojciec prowadzi firmę nieruchomościową. Ma również starszą siostrę, która aktualnie skończyła studia i założyła rodzinę. Markiewicz od dziecka wykazywał zdolności łyżwiarskie i kwestią czasu było to, że wyrośnie z niego prawdziwa gwiazda. No i oczywiście tak się stało. Zachwycił nas swoją finezyjną jazdą i choreografią, w której nie szczędził dla nas ciekawych smaczków. Podczas programu krótkiego sprzed trzech lat, tańczył z tekturową atrapą swojej byłej narzeczonej i nawet raz ją pocałował! Był geniuszem na łyżwach i nikt, poza jedną OCZYWISTOŚCIĄ, o której nie będziemy tutaj mówić z OCZYWISTYCH powodów, nie mógł się z nim równać na lodowisku. Z każdego występu przynosił złote lub srebrne medale. To był człowiek-sukces. Ale i również człowiek-tajemnica. Wywiadów udzielał mało, mało podczas nich mówił, a jego życie prywatne było strzeżone lepiej niż cała kolekcja Leonarda da Vinci w Luwrze. Jednak udało nam się poznać pewne sekrety z życia naszej upadłej gwiazdy, dzięki uprzejmym informatorom. Dowiedzieliśmy się o jego słabości do imprez oraz alkoholu, przez który był bohaterem naprawdę wielu skandali. Wspinanie się w bieliźnie po maszcie to nic. Możecie uwierzyć, że ten złoty chłopak dostał mandat od hiszpańskiej policji za kąpanie się w miejskiej fontannie? Jego trener nie mógł przestać przepraszać wszystkich za tę ogromną wpadkę. Ale ile takich wybryków nie wyszło na światło dzienne? - spytała i nie czekając na odpowiedź kontynuowała. - Największą ciekawostką mogłyby być jego zaręczyny ze znaną piosenkarką - Natalią Plat. Zaręczyny, które zostały zerwane po roku, bez podania konkretnego powodu. Co miał do powiedzenia na ten temat nasz łyżwiarz? Oczywiście niewiele.
W tym momencie kobieta została zastąpiona nagraniem z wywiadu. Kamil bawiąc się sznurkiem od dresu, nieśmiało zerkał w stronę kamery, a na jego policzkach można było zauważyć delikatny rumieniec.
- To nasza prywatna sprawa. Ale mogę przysiąc, że ta decyzja została podjęta przeze mnie i Natalię wspólnie. - puścił oczko i szybko odszedł od dziennikarzy. Na ekranie znów pojawiła się prezenterka.
- Dlaczego tak wszystko ukrywasz Kamilku? Wszyscy chcemy poznać twoje brudne sekrety chłopcze! - złapała się teatralnie za głowę i potrząsnęła swoim ogromnym biustem. Guziki jej koszuli zdawały się być na granicy wytrzymałości. - Ile mandatów od hiszpańskiej policji przed nami ukrywasz? Czy masz jakąś sekretną miłość, o której nikt nie wie? Dlaczego wciąż Natalia jest obecna na każdych jego zawodach? Czy przypadkiem nie powinni się nienawidzić i podkręcać tym medialną atmosferę? - uspokoiła się wreszcie i poprawiła swoją koszulę. - Powiedzmy sobie szczerze. Kiedy zabraknie mu pieniędzy to napisze autobiografię, w której, miejmy nadzieję, nie będzie szczędził żadnych pikantnych szczegółów ze swojego życia! Teraz zostawmy ten nudny temat i przyjrzyjmy się czemuś bardziej interesującemu! Należąca do obsady „Watahy" Katarzyna...
Jazgot roznoszący się po całym mieszkaniu nagle ucichł. Teraz słychać było tylko krzyk mew, tykanie zegara i odległy dźwięk buczenia statków wypływających z portu. W pomieszczeniu po wyłączeniu telewizora zapanowały egipskie ciemności, powodowane przez grube kotary wiszące na oknach. Ciemna postać trzymająca pilota westchnęła i odwróciła się w stronę kuchni.
- Nie mogę uwierzyć, że to oglądasz Kamcia. Przecież to powtórka sprzed pół roku! Tylko się tym dołujesz. Ta baba jest chora psychicznie i gada od rzeczy. Mam nadzieję, że nie bierzesz jej słów do serca.
Młoda kobieta po wypowiedzeniu tego zdania odłożyła pilota na szklany stolik i podeszła do okna rozsuwając grube, ciemne zasłony. Światło wdarło się do pomieszczenia i oświetliło je całkowicie. Salon był cały zabałaganiony ubraniami i różnym śmieciami, spod których nie było widać żadnych mebli. Połączony był z kuchnią, z którą oddzielała go jedynie wysepka, na której powierzchni leżały brudne naczynia i opakowania po jedzeniu. Pośród nich siedział Kamil, wyglądający jak manekin w sklepie z odzieżą. W ogóle się nie poruszał, jedynie delikatne unoszenie się jego klatki piersiowej świadczyło o tym, że żyje. Wysepka była wykonana z białego kamienia, ozdobiona wzorami układającymi się w asymetryczne figury. Za nią znajdowały się szafki kuchenne z białego drewna, wykończone kontrastującymi czarnymi blatami. Na niektórych z nich stały takie sprzęty jak mikser, ekspres do kawy czy kuchenka mikrofalowa. Tak samo jak na wysepce, walały się po nich opakowania zupek chińskich, brudne naczynia i resztki jedzenia. Pomiędzy środkowymi kontuarami umiejscowiona była kuchenka oraz zlew, obecnie wypełniony po brzegi. Nad całym aneksem kuchennym nie znajdowało się nic poza czarnym okapem, lampami, które wyglądały jak chińskie ozdobne lampiony (jednak pozbawione fantazyjnych wzorów, były całe białe) i suszonymi ziołami. Na środkowej ścianie wisiał obraz przedstawiający spienione fale uderzające o brzeg morza. Po przeciwnej stronie wysepki znajdowały się cztery wysokie, białe krzesła ustawione obok siebie w równej odległości i pokryte grubą warstwą kurzu.
Kobieta podeszła do jednego z nich i przejechała po nim palcem.
- Chryste Panie. Kiedy ty tutaj ostatnio sprzątałeś? - spytała oburzona. Wytarła palec o koszulkę swojego brata, który nadal się nie poruszał.
- A co, bawisz się w test białej rękawiczki? - odgryzł jej się Kamil. Zupełnie nie przeszkadzał mu bałagan panujący wokół. Żył w takim chlewie już kilka miesięcy, więc kilka pustych opakowań i brudnych talerzy nie robiła na nim żadnego wrażenia. Teraz uznawał je nawet za ważne elementy swojego środowiska, bez których całe mieszkanie nie miałoby takiego nastroju. Nastroju jaskini, do której wejście groziło utknięciem w stercie śmieci.
- Po prostu się o ciebie martwię. To już prawie pół roku, a ty nadal jesteś w bardzo złym stanie. - pogłaskała go po głowie. Ten się widocznie spiął i strzepnął jej dłoń ze swojej czupryny. Położył ręce na kolanach, zamknął oczy i westchnął cierpiętniczo. Jedyne czego potrzebował w tym momencie to cisza i spokój, a nie marudzenie swojej nadopiekuńczej siostry.
- Nie jestem w złym stanie. Jak widzisz osiągam najwyższy punkt swojego fengszła, więc byłbym wdzięczny, gdybyś mi nie przeszkadzała. - wyciągnął ręce do góry i złożył je jak do modlitwy. Przyciągnął je do klatki piersiowej i zaczął głośno oddychać.
- O czym ty mówisz? Przestań zachowywać się jak dziecko! Ty nawet nie wiesz, co to jest Feng-shui! - krzyknęła i szybko wybiegła w stronę łazienki zostawiając swojego skonfundowanego brata. Mimo tego wciąż nie otwierał oczu. Jej zamiary były mu nieznane i zastanawiał się, jakie kroki podejmie, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. Po kilku sekundach wróciła niosąc małe, przenośne lusterko.
- Zobacz jak wyglądasz! - podstawiła mu je pod nos. Chłopak niechętnie uniósł prawą powiekę i spojrzał na siebie bez zaskoczenia, jakie mógł wywołać jego widok.
Rozczochrane, czarne włosy sięgające już do szyi. Brudne tak bardzo, że można by zrobić z jego głowy fabrykę oleju opadały na szerokie czoło, na których można zobaczyć malutkie strupki. Sucha skóra z widocznie popękanymi naczynkami wręcz błagała chociażby o odrobinę kremu nawilżającego. Cienkie brwi, spod których łypały piwne oczy pozbawione jakiegokolwiek blasku, przysłonięte długimi rzęsami. Widoczne zasinienia pod oczami, zdradzające wiele nieprzespanych nocy i zadarty, wąski nos, z którego ześlizgiwały się okulary o grubych szkłach. Wyostrzone kości policzkowe. Kwadratowo zarysowana żuchwa sprawiająca, że nie wyglądał już jak nastolatek, ale jak dorosły mężczyzna. Usta pogryzione, spierzchnięte i popękane w niektórych miejscach. Ogólny obraz nędzy i rozpaczy.
- Nie jest tak źle. - skwitował i ponownie zamknął oko.
- Jest źle! - krzyknęła i odłożyła lustro. Szczerze mówiąc miała nadzieję, że chłopak przestraszy się swojego widoku i postanowi coś w nim zmienić. Chociażby zacznie jeść albo się w końcu umyje.
- Przestań na mnie krzyczeć siostro. - odpowiedział jej spokojnie. - Nie widzisz, że medytuję? Jeszcze stracę całe swoje sake. - po raz kolejny popisał się znajomością obcych słówek.
- Kamil do cholery! Tego za wiele. - tupnęła nogą, zawsze tak robiła, kiedy jej zdenerwowanie osiągało maksimum. - Chciałam cię tylko poinformować o tym, że w czwartek idziesz do psychologa, którego załatwili ci rodzice. Adres masz na kartce, którą położyłam przed telewizorem. Sprawdziłam kiedy kończysz wykłady, więc jak wsiądziesz w SKMkę przed czwartą to zdążysz na luzie. Masz tam pójść, bo jak nie to z Mateuszem zaciągniemy cię siłą. Pamiętaj, że on kiedyś trenował zapasy i wie gdzie i jak uderzyć, żeby kogoś znokautować. A ja też mam w sobie dużo werwy. No w każdym razie to tyle. Umyj włosy, zjedz coś i stawiaj się na wykłady. Przecież rok dopiero się zaczął i nie możesz go zawalić na samym początku prawda? I sprzątnij tutaj, bo ten brud zacznie dokładać ci się do rachunków.
Chłopak jakby jej nie słuchał, ale kiedy dotarło do niego, co właśnie powiedziała, szybko zerwał się na równe nogi boleśnie uderzając czubkiem głowy o sufit i niezdarnie zeskoczył z blatu. Kobieta już zakładała buty w korytarzu. Na widok pędzącego w jej stronę brata uniosła brew. Długo zajęło mu przetrawienie tej informacji.
- Coś ty powiedziała? - spytał zduszonym głosem. - Marta wytłumacz mi się natychmiast!
Łypnęła na niego zwycięsko. W końcu udało jej się wywołać u niego jakieś emocje. Nawet jeżeli to były złość i oburzenie. Spory sukces, po tak długim okresie psychicznego letargu.
- Cieszę się, że w końcu coś do ciebie dotarło Kamilku. Musisz pójść na takie śmieszne strzeżone osiedle. Jak coś to zapytaj ludzi o doktor Małgorzatę Gutowską. Powiedzą ci gdzie ona przyjmuje, bo jest strasznie dobra i każdy ją zna. Ohoho! - spojrzała na swój nadgarstek, który ozdabiała tylko pozłacana bransoletka. - Co za spóźnienie mnie zastało! Będę musiała zaraz odebrać Lucka ze żłobka! Papa kochany braciszku!
- Hej! Marta poczekaj! - krzyknął za nią, gdy ta już zamykała drzwi od jego mieszkania. - Przecież ty nie masz na tej łapie nawet zegarka!
Usłyszał dzwonek windy i wiedział, że jego siostra nie ma zamiaru się wrócić i z nim porozmawiać. Kopnął w ścianę i szybko tego pożałował. Ból przeszył całą jego stopę i nieznośnie pulsował, kiedy Kamil podskakiwał na jednej nodze przeklinając przez zaciśnięte zęby. Marta zawsze taka była. Szybko przychodziła, szybko oznajmiała i szybko znikała. Do bólu szczera kobieta, nie bojąca się mówić co myśli, przez co nie była zbyt lubiana i w szkole i na studiach. Jednak nie obchodziło ją to. Ważne, że cieszyła się miłością takich osób jak rodzina i mąż. Skończyła zarządzanie i pracowała w rodzinnej firmie jako księgowa, dzięki czemu mogła się cieszyć dodatkową taryfą ulgową, zwłaszcza teraz, jako matka rocznego dziecka.
„Dlaczego zapisali mnie do tego cholernego psychologa? Przecież ze mną jest w porządku!" - myślał wchodząc do łazienki. Ochrzan siostry trochę dał mu do myślenia i postanowił sprzątnąć w całym mieszkaniu. Ale najpierw musiał zacząć od umycia samego siebie. Zdjął koszulkę i spojrzał w lustro badając każdy fragment swojego ciała. Nagle usłyszał cienki, denerwujący głosik, który od kilku miesięcy odzywał się niepożądany w jego głowie za każdym razem, kiedy chłopak zaczynał intensywnie myśleć.
„Wyglądasz przeokropnie Kamil. Marta ma rację twierdząc, że całkowicie się stoczyłeś. Zobacz jak twoje obojczyki sterczą! Wyglądasz jak wieszak. Mięśni też już nie masz. Prawdziwy z ciebie suchoklates. Jesteś obrzydliwy z tą swoją niedowagą. Ale to wyłącznie twoja wina. Wszystko jest twoją winą! Śmierć Marcina, zawód kibiców i niepokój rodziny. To musi być strasznie dobijające, co? Jak się z tym czujesz, kochany?"
Takie myśli prześladowały go od czasów wypadku. Chłopak uznał je za nieodłączny element swojego życia, a głos należał według niego do depresji, która przyczepiła się go i za nic nie chciała odpuścić. Objęła go swoimi ramionami i szeptała do ucha nieczułe słówka, przez co coraz bardziej pogrążał się w złym nastroju. Zmuszał się do interakcji z innymi ludźmi, do chodzenia na wykłady i ogólnie do życia. Gdyby miał wystarczająco dużo odwagi, już dawno skończyłby ze sobą. Ale, jak trafnie stwierdziła depresja, jest na to zbyt tchórzliwy. Pozostało mu jedynie zaszyć się we własnym mieszkaniu i unikać wszystkiego i wszystkich.
Ku jego niezadowoleniu, nikt nie chciał odpuścić. Rodzina odwiedzała go przy każdej możliwej okazji ignorując jego żałosne próby wymigiwania się nauką albo spotkaniami ze znajomymi. Za każdym razem otwierali drzwi siłą i wchodzili do mieszkania burząc atmosferę ciszy i spokoju. Wrzucali chłopaka pod prysznic i sprzątali mu mieszkanie, jakby sam nie potrafił tego zrobić. Później siedzieli jeszcze dwie godziny, cały czas próbując dowiedzieć się czegoś o jego nastroju, który było widać przecież jak na dłoni.
Kamil wyszedł spod prysznica i wytarł włosy. Były o wiele dłuższe niż zazwyczaj, a to z powodu zaniedbania wizyt u fryzjera. No bo przecież po co? Nałożył czyste ubrania i wszedł do salonu. Trochę przeraził go bałagan, jaki panował wokół. Szybko zaczął zbierać porozrzucane ubrania i śmieci. Włączył telewizor i przełączył na program muzyczny. Denerwujący głos popularnej wokalistki przerwał ciszę panującą w mieszkaniu. Uznał, że to pomoże mu pozbyć się natrętnego głosiku depresji, która znajdując idealne dla siebie miejsce bytowania, nie przestała trajkotać.
„A co ty wyprawiasz? Myślisz, że jak sprzątniesz ten bajzel, to coś ci pomoże? Przecież za dwa dni i tak wszystko wróci do normy, a ty znowu zamkniesz się w sobie. A tak na marginesie. Po co masz iść do tego psychologa? Jeżeli sam twierdzisz, że wszystko z tobą w porządku, to tak jest prawda? Z resztą, ta wizyta będzie całkowicie bezproduktywna. Jakaś kobieta pogada trochę, powie żebyś przestał się smucić i skasuje cię na gruby hajs. Psychologowie tak działają."
Przyznał depresji racje. Nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc. Z resztą w czym pomóc? Wszystko było przecież w porządku, a jego stan to tylko delikatny spadek formy, z którego szybko wyjdzie. Co prawda od pół roku każda próba kończyła się porażką, ale nie ma co się poddawać. Kiedy w salonie było już względnie czysto, zabrał się za kuchnie. To była o wiele poważniejsza sprawa. Postanowił, że najpierw umyje naczynia, potem sprzątnie wszystkie puste opakowania po jedzeniu. Z telewizora zaczęła lecieć Beyoncé, co trochę go zrelaksowało. Uwielbiał jej słuchać, a kiedy jeszcze imprezował ze znajomymi, to zawsze musiał zmusić człowieka odpowiedzialnego za muzykę, żeby puścił chociaż „Single Ladies". Przypomniał sobie, kiedy był na bankiecie po finale Grand Prix dwa lata temu ze swoją byłą narzeczoną, która pijana dorwała się jakoś do mikrofonu i zaśpiewała „Run the world". Uśmiechnął się przywołując z pamięci zszokowane spojrzenie wszystkich obecnych gości. Spojrzenie innych zawodników. Spojrzenie Marcina.
Nagle zrobiło mu się gorąco i upuścił talerz, który właśnie wycierał. Na szczęście miał dobry refleks, dzięki czemu złapał naczynie stopą, zapobiegając jego roztrzaskaniu się o podłogę. Podniósł go starając się uspokoić oddech. Musiał przestać myśleć o przeszłości.
Po pół godziny cała kuchnia niemalże lśniła, a Kamil stał przy wysepce oglądając z dumą swoje dzieło.
Przeciągnął się i postanowił wyjść na balkon, żeby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Spojrzał na port, który znajdował się w oddali i wsłuchał się w odgłosy miasta. Gdzieś daleko wyła syrena karetki, gdzieś ktoś zatrąbił. Oparł się rękoma o barierkę i spojrzał na dół. Jego sąsiadka właśnie wyprowadzała swojego psa na spacer, zgodnie ze swoim popołudniowym zwyczajem. Jakiś mężczyzna jechał na rowerze i prawie potrącił jakąś staruszkę. Zaczęła krzyczeć pod jego adresem wyzwiska, których Kamil nie usłyszał. Drzewa już dawno zmieniły kolor swoich liści i teraz mieniły się różnymi odcieniami czerwieni i żółci. Mimo tego, że był początek października, nie było tak zimno jakby się spodziewał. Co prawda czuł zimne kafelki pod stopami, a nieprzyjemny chłodny wiatr smagał jego twarz, ale promienie słoneczne stwarzały przyjemne uczucie ciepła na całym ciele. Był piękny dzień i pewnie każdy podziwiał początek złotej jesieni, która powoli zaczęła się panoszyć w całej Polsce. Była to zapowiedź powolnego umierania, które już za miesiąc dotknie każdą roślinę i wprowadzi ponury nastrój.
Chłopak postanowił już więcej nie marznąć i wrócić do mieszkania. Zamknął drzwi balkonowe i usiadł na sofie. Jeszcze raz przemyślał sprawę psychologa.
„Jeżeli tak bardzo im na tym zależy, to pójdę. Trudno. Może w końcu przestaną mnie dręczyć." - pomyślał przełączając kanał.
~*~
Wita Was Mendalejew - autorka tych wypocin. Przesyłam pozdrowienia i zapytuję o zdrowie. Mam nadzieję, że dopisuje. W każdym razie poznaliśmy właśnie głównego bohatera - Kamilka. Jak widać nie sprawia wrażenia za bardzo przyjaznego i fajnego gościa, ale dajmy mu czas. Może jeszcze uda mu się poprawić swoje zachowanie i stanie się naprawdę fajnym gościem. W każdym razie mu tego życzę. 
Do zobaczenia w następnym rozdziale! 

Komentarze

  1. Yahoo. Czas na rewanżyk.
    Opowiadanie jest bardzo ciekawe, a ja w końcu powinnam się wziąć za Yuri On Ice XD
    Ach, siedzę na tumblrze o wiele za dużo.
    ~Powodzenia życzę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję <3
      A weź, nie bierz się za to, bo mnie znienawidzisz xD
      Albo bierz, bo społeczność fangirlujących yaoistek nie może być samotna. Tylko ostrzegam - bardzo niszczy życie i światopogląd.

      Usuń

Prześlij komentarz